Dawno nie była, ale powróciła – Kumulacja już czterdziesty drugi raz. A w niej… masa zaległości. Dobrych i gorszych.

Na kolejnych stronach znajdziecie recenzje poszczególnych albumów. Zaczynamy od…


AUTOR: Artur Majewski / Patryk Zakrocki
TYTUŁ: Czas panowania traw
WYTWÓRNIA: Fundacja Kaisera Söze
WYDANE: 15 maja 2018


Minimalizm jest w cenie. Artur Majewski i Patryk Zakrocki dobrze o tym wiedzą, grając od lat w wielu projektach. Wspomnę o SzaZie, Chamber Music, Mikrokolektywie. Razem dla Fundacji Kaisera Soze nagrali płytę delikatną, miłą, eksplorującą ludzkie stany świadomości i pragnienia. To zwiewne kompozycje, zahaczające się gdzieś za uchem, a w okolicach mózgu. To też muzyka organiczna, ściśle związana z samym tytułem płyty. Czas panowania traw – ekologicznie, zmysłowo, naturalistycznie i jakby też na czasie, gdy środowisko, w którym żyjemy, tak szybko i intensywnie się zmienia. A Majewski i Zakrocki grają melancholijnie, delikatnie, improwizując w najlepsze na kornecie, altówce i mbirze, takiej mikrowersji marimby tak jakby. Razem wszystko brzmi wręcz wybornie. Dla mnie? Czas panowania traw to jedna z ładniejszych płyt 2018 roku. Spokojna, stonowana, ale utrzymana w duchu improv. Duet eksploruje przestrzeń – dźwiękową i tę materialną, bawiąc się raz ciszą i przerwami między poszczególnymi partiami, a czasami wręcz odwrotnie – tworząc chaotyczny rój muzyki. Wówczas, gdy słuchaczy dopada ten prawdziwy zgiełk, jest naprawdę ciekawie i intensywnie. Najlepiej to słychać w otwierającym wydawnictwo utworze o tytule takim samym jak płyta. Zresztą „Czas panowania traw” to też idealna wizytówka płyty. Muzycy zawarli na tej najdłuższej kompozycji wszystko to, co znajdujemy dalej. Są delikatne wymiany zdań pomiędzy altówką i kornetem, są puszczone w głęboki jak próżnia pogłos melodie, są spowolnienia gry (spotykane też w urokliwym „Jeszcze jednym tropie” gdzie czas jakby zatrzymał się na chwilę, a potem sam wyznaczał reguły). Jest też bardzo fajne i szalenie udane trzymanie przez artystów napięcia. Dzieje się, oj dzieje i to bardzo dużo. Przekrzykiwanie się altówki z kornetem to jedno, ale ich wspólny, zrozumiały i płynny dialog to już inna sprawa. Tych na Czasie panowania traw doświadczymy dużo i jeszcze więcej, bo w tej muzyce jest ogromna synergia.

Organiczność, choć to wyświechtane i naiwne, aż bije po oczach. Wystarczy włączyć liryczne, w pełni melancholijne „Chlorochwile”, by doświadczyć tych wszystkich anielskich uczuć na własnej skórze. Subtelny, dziewczy wręcz początek zagrany na mbirze obrazuje charakter utworu. Ten motyw zresztą się powtarza przez całą długość trwania kompozycji. A wokół niego niczym plamy na białym obrusie partie Artura Majewskiego. Skromne, okołojazzowe, zahaczające gdzieś o elementy cool jazzu, sprawiają wrażenie, jakby to przyroda wołała nas o pomoc. Smutnym i samotnym tonem.

Tu nie ma mowy o żadnych wypełniaczach, o albumie z jednym czy dwoma utworami, a reszta „jakoś będzie”. To solidne, a jednocześnie skromne wydawnictwo. Minimalizm u podstaw.

NASZA OCENA: 8.5

NASZA SKALA OCEN (KLIK)

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: