Ubiegły rok znowu należał do tego z gatunku zapracowanych dla gdańskiego Zoharum, dlatego sprawdzamy jeszcze te albumy, których wcześniej nie udało nam się opisać. Było ich naprawdę sporo.

Ale i tych, które zrecenzowaliśmy, było bardzo, bardzo dużo. Żeby nie oszukać, nakładem Zoharum w 2018 roku ukazało się piętnaście wydawnictw. PIĘTNAŚCIE, 1,25 płyty na miesiąc, a niektóre zawierały przecież czasem i dwie płyty w pudełku. Niektóre albumy prezentowały nowe materiały, niektóre, jak to bywa w przypadku Zoharum, stanowiły reedycje odświeżające krążki lub kasety dawno zapomniane i/lub już niedostępne, ale zasłużone dla muzyki industrialnej/eksperymentalnej. Ale były też i nowości, byli artyści polscy i zagraniczni.

No, dużo tego było. Wcześniej opisywaliśmy Spójrzcie Пожалуйста, Jakie Piękne Macie Gęby Genetic Transmission, Ultimate Time i Archaic States Maeror TriUnexplained Mind Bruises Mothertape, Meander Tańców Snu. Dziś do tego grona dołącza kolejny potop …. płyt.

Nie można zapomnieć o wydawnictwach Zoharum, które ukazały się już w tym roku, bo to mocne pozycje.

Lećmy alfabetycznie z tą listą pozostałości zoharumowych z 2018. Aquavoice, Sphyxion,Hybryds, Machinefabriek w towarzystwie Anne Bakker, Rapoon, Rara i Vidna Obmana. Znalazło się też miejsce dla kompilacji In Progress: volume III, czyli dźwiękowego kolażu z odbywającego się w CSW Łaźnia w Gdańsku, kuratorowanego przez Michała Porweta cyklu o tym samym tytule.


AUTOR: Aquavoice
TYTUŁ: Silence
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 12 lipca 2018


Na wydawniczym rynku od 2001 roku, kiedy Tadeusz Łuczejko wypuścił swoją pierwszą płytę Water Music. Od tego czasu producent z Gorlic zdążył stworzyć w sumie dziesięć albumów, trzy z nich w ramach nowości ukazało się w Zoharum. Gdańska oficyna w 2013 roku wydała Grey (2013), rok później dorzuciła Nocturne, a pochodzące z 2018 Silence to najnowsza nowość Łuczejki. Bylo też Early Recordings (RECENZJA)czyli takie combo trzech płyt: Water MusicSoundchaser (2002) i Dreamdesigner (2003), żeby przywrócić dawny blask pierwszym trzem płytom Aquavoice. Tyle wstępu, konkrety.

Nowa, no, stosunkowo, płyta Tadeusza Łuczejki to standardowo kojący ambient, który spokojnie sobie idzie własnym tempem, nie spieszy się, nie macha modom w obecnej muzyce eksperymentalnej. Delikatne kompozycje suną przed siebie, oparte na kojących dźwiękach syntezatora, wokalnych samplach pojawiających się to tu („Information”), to tam („Voices”). Silence to głównie easy-listening, muzyka przyswajalna, przyjemna, do chłonięcia i umilania czasu. „I’m leaving I’m gone” czy „Lonely cello” to chyba najlepsze kompozycje na całym Silence.

Ale Aquavoice wypada też dobrze w kawałkach o bardziej niepokojącym zabarwieniu. Mroczne „Evening bells”, „Largo” lub „Sound hunter”, które Łuczejko zbudował na bazie szumów i industrialnego pogłosu. Mocno brzmi też „Rainman”, gdzie całą robotę robi tribalowa rytmika i deszczowe sample, nadające całej kompozycji plemienny wydźwięk.

NASZA OCENA: 6.5

NASZA SKALA OCEN (KLIK)



AUTOR: Expo 70
TYTUŁ: Mother Universe Has Birthed Her Last Cosmos
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 28 marca 2018


Sięgamy po rzadkie, wydawane w mikronakładach i dawno niedostępne nagrania Expo 70, czyli ambientowo-drone’owe, z elementami kosmische musik kompozycje Justina Wrighta. Tym razem amerykański artysta przygotował kawałki z lat 2008-2010. Dekada!

Dekada minęła od niektórych utworów, które podzielono na dwie płyty. Pierwszą, tytułową Mother Universe Has Birthed Her Last Cosmos, po części znamy z 2009 roku i albumu o tym samej nazwie. Wydawnictwo, które pierwotnie budował tylko jednen ponad dwudziestominutowy utwór, tym razem wzbogacono o kolejny krążek z tego samego roku, Ostara (również jedna kompozycja). „Mother Universe Has Birthed Her Last Cosmos” to w pełni szamański, tantryczny kawałek przenoszący słuchaczy w tybetańskie rejony spowite jednocześnie mroczną, niedopowiedzianą aurą. Drone’owa podstawa świetnie współgra z usypiającą gitarą, dając mistyczną melodię, która prowadzi narrację całego utworu. Duża w tym zasługa Matta Hilla, który wówczas dołączył do Justina Wrighta, sięgając po bas i perkusyjne efekty. Stąd nie dziwią pojawiajace się chaotyczne plamy rytmiczne czy cięższa linia basu. Dla kontrastu Expo 70 i Zoharum do kompozycji tytułowej dorzucili „Ostarę”. To zupełnie inne stylistycznie granie, z podwójnym tematem, dwiema odrębnymi opowieściami. Pierwsza część jest mocna, mroczna, drone’owa, oparta na buczącej, przesterowanej gitarze. Druga lekka, ponadziemska, sięgająca chmur swoją frywolnością i spokojem, głównie przez serwowane przez muzyków instrumentalne pętle.

Przy drugiej płycie cofamy się nieco mniej, bo do lat 2009-2010 oraz, bo była już raz edycja, 2013 roku. Woolgather Visions / Mechanical Elements to nic innego jak zebranie dwóch kaset Woolgather VisionsMechanical Elements i wydanie ich jako całkiem spójnej kompilacji. W tym przypadku Expo 70 wróciło do swojego pierwotnego formatu, czyli solowego projektu Justina Wrighta, z tą różnicą, że muzyk zaczął eksplorować Mooga. Efekt jest mniej więcej podobny. To nic innego jak pełne kosmicznych uniesień zapętlone partie gitary, spokojne ambientowe pasaże. Warto zwrócić uwagę na sakralne, o iście katedralnym charakterze syntezatory w „You And Your Dream Catcher Should Take A Hike”, które z czasem przechodzą w drone’owe gitary z przyrodniczymi nagraniami terenowymi.

Do przypomnienia, odkrycia i odkurzenia wszystkich albumów Expo 70 jeszcze długa droga, ale gdańska wytwórnia, gdy sięga się po Mother Universe Has Birthed Her Last Cosmosobrała dobry kierunek.

NASZA OCENA: 6.5

NASZA SKALA OCEN (KLIK)



AUTOR: Hybryds
TYTUŁ: 
Mistrust Authority & Tectonic Overload
WYTWÓRNIA: 
Zoharum 
WYDANE: 
28 marca 2018


Lubię Belgię. Uwielbiam do niej wracać i za każdym razem, kiedy odwiedzam Brukselę (częściej) czy Antwerpię (rzadziej), wywożę z tego małego państewka masę i wspomnień, i pierdół, zaczynając od czekolad, na sikającym chłopczyku kończąc. Ale Belgia to nie tylko Manneken pis, Tintin, gofry, czekolada, rewelacyjne interaktywne muzeum Dom Historii Europejskiej. To też, a może przede wszystkim świetna architektura niezmącona chorymi fascynacjami okładania starej czerwonej cegły styropianem. To piękna starówka z Wielkim Placem w roli głównej. To urokliwa Brugia z kanałami, przez co o tym północnym mieście mówi się, że jest flamandzką Wenecją. To festiwal Dour, to w końcu piłka nożna, tysiąc razy bardziej rozwinięta od polskiej. To Eden i Thorgan Hazardowie, Romelu Lukaku, Kevin de Bruyne, Dries Mertens, Thomas Vermaelen, Toby Alderweireld i, mimo słabszego sezonu w Realu Madryt, Thibaut Courtois.

To też muzyka. A z belgijskimi artystami Zoharum jest mocno skrzyżowane. O Dirku Serriesie było już kiedyś i będzie tutaj jeszcze więcej (i jego projekcie Vidna Obmana). O Hybryds też na FYH pisaliśmy, przy okazji podwójnej reedycji The Rhythm of the Ritual / Ein Phallischer Gott. Tym razem Zoharum sięgnęło po nowsze wydawnictwa Sandy’ego Nysa, bo Mistrust Authority Promote DecentralisationTectonic Overload to płyty z lat 1996 i 1998. Pierwsze wydawnictwo wzbogacono o koncert z Monachium z 1996 roku.

I jakie to są płyty! Mocne, techniczne, ostre, cybernetyczne. Zapomnijmy o tribalowych, wypełnionych plemiennym duchem nagraniach. Hybryds na obu albumach stawia(ją) na dźwięki techniczne, kanciaste, rzężące od elektroniki i przesterów. To syntezatorowo-komputerowa batalia, niemal bitwa pod Ypres, gdzie Sandy Nys nie bierze jeńców. Przykładów bezkompromisowości belgijskiego artysty nie trzeba długo wypatrywać, bo otwierające reedycję „Noise2Trance” to kawał sci-fi industrialu, „The Beast” nosi idealny tytuł. To utwór agresywny, dynamiczny, w stu procentach cyber-rave’owy. a „I Walk Alone” z mrocznym, krwiożerczym wręcz wokalem Nysa i zatracającym, dzikim śpiewem Leen Smets (Yasnaïa) i klubowym feelingiem to prawdziwy hit, zarówno tej płyty w 1996 roku, jak i w 2018 czy też 2019 roku.

Jeśli Mistrust Authority Promote Decentralisation było szalenie technicznym i komputerowym albumem, to nie wiem, jakich określeń użyć przy Tectonic Overload. Najcelniejsze wydaje mi się „zdehumanizowany”. To wydawnictwo tak industrialne i pozbawione ludzkiego pierwiastka, że równie dobrze mogłoby to być dzieło robotów lub próba wyjścia w przyszłość, o, chociażby muzyczna wersja Terminatora. Zgiełk goni hałas, zgrzyty tworzą technoidalne rysy, a wszędobylskie trzaski budują drone’owe podłoża kawałków. Na uwagę zasługują w szczególności „Going In”, cyber „Password”, chaotyczne „Tidal” i niemal dogorywające, idealnie oddające swój stan tytułem „Agony of the Machine”. Hybryds łykam praktycznie zawsze, bez żadnych zastrzeżeń, nieważne, czy Sandy Nys zgłębia szamańskie melodie, czy decyduje się na rave’ową gorączkę w starych pofabrycznych murach. A ta reedycja to klasa sama w sobie.

NASZA OCENA: 7.5

NASZA SKALA OCEN (KLIK)



AUTOR: Machinefabriek with Anne Bakker
TYTUŁ: Short Scenes
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 22 listopada 2018


Machinefabriek kolejny już raz razem z Anne Bakker. Pierwszy w Zoharum, bodajże szósty w ich wspólnej historii. Tym razem duet przygotował album, który pierwotnie powstawał na potrzeby ścieżki dźwiękowej do filmu, a która ostatecznie nie została zrealizowana. Rutger Zuydervelt sięgnął po partie skrzypiec znakomitej holenderskiej skrzypaczki Anne Bakker i dłubał w nich skwapliwie. Ciął, zapętlał, rozciągał, wrzucał w wir poglosu, mieszał, łączył. Skrzypce odgrywają tutaj zatem pierwszorzędną rolę. To środek, budulec wydawnictwa, jego baza, podstawa, choć Machinefabriek nie zrezygnował z kluczowych dla siebie synthów, dorzucając też rytmiczne elementy. Short Scenes to nic innego jak, jak wskazuje sam tytuł wydawnictwa, krótkie frazy. Utwory rzadko kiedy dochodzą do długości trzech minut, na całej płycie znajdziemy tylko cztery takie pozycje.

Ale to nie jest najwybitniejszy album w dziejach Machinefabriek. Dość stwierdzić, że Short Scenes to wydawnictwo porządne, ale nic więcej. Dużo robi sama Anne Bakker i jej gra, choć momentami melodie brzmią zbyt akademicko. Brakuje na Short Scenes jakiegoś szczególnego, nawet prostego przełamania. Urokliwe kompozycje, delikatna muzyka, wybrzmiewające melancholią skrzypce, w końcu ambientowa podstawa samych utworów zaaranżowana przez Zuydervelta. Urzeka „18” płynnością, rozleniwieniem i swoistą łagodnością. „8” z mantryczną rytmiką, zaczepnymi smykami i cięższym wydźwiękiem również daje radę i szkoda, że kawałek trwa jedynie minutę i dwanaście sekund. Pozytywnymi barwami mieni się „4”, gdzie piękny motyw przewodni przyciaga uwagę i zachęca do zapętlenia utworu (tak jak Machinefabriek zapętlił partię skrzypiec Bakker). A wyciskacze łez też się znajdą, wystarczy przełączyć na „19” i wsłuchiwać się w te smutne smyki unoszące się na spokojnych falach ambientu.

Mam jednak problem z Short Scenes, bo to płyta bardzo easy-listeningowa. Czegoś w niej brakuje, brakuje mocniejszych akcentów (jak w „8”), bo Holender skupił się na melodiach lirycznych, narracyjnych. Trochę usypiaczach wręcz.

NASZA OCENA: 6

NASZA SKALA OCEN (KLIK)



AUTOR: Nowa Ziemia / Echoes of Yul
TYTUŁ: Holter / Fuse
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 28 marca 2018


Ten album, w takim zestawieniu artystycznym, miał i ma sens. Dwóch muzyków o zbliżonych upodobaniach, podobne też materiały znalazły się na HolterzeFuse.

Nowa Ziemia, projekt Artura Krychowiaka, na Holterze skupia się na delikatnych, nieco sennych motywach opartych na rozciągniętych, długich gitarowych drone’ach. Melodie Krychowiak ciągnie w najlepsze, rysując pejzaże mroczne, chłodne, momentami odrealnione i pozbawione ludzkiego pierwiastka. To muzyka do kontemplacji, niespieszna, również mało przytulna, mająca w sobie coś z szamańskiego mistycyzmu. Z oczywistych przyczyn (tytuł wydawnictwa), najlepiej wypada „Holter”, utwór, o ile można pokusić się o takie stwierdzenie, najbardziej dynamiczny. To tutaj dzieje się najwięcej, kuszą przede wszystkim częste jak na Nową Ziemię zmiany tematu lub po prostu urozmaicenia w temacie, bo to też jeden długi drone, to rosnący, to opadający.

Michała Śliwę na FYH też już wcześniej opisywaliśmy, a tutaj, na Fuse, artysta postawił na cięższy, ciemniejszy ambient z rozciągniętym u podstawy przesterem. To tylko jeden utwór, ale Echoes of Yul, jak już coś przygotował, to wystarczająco długiego. I te ponad trzydzieści minut starczyło i dało możliwość, by w jednej kompozycji wpleść kilka odrębnych motywów. Zaczynając od lekko nerwowego, ale stonowanego przesteru Śliwa przechodzi w wyższe ambientowe partie, zahaczając też o muzykę plemienną, nie odpuszczając cały czas drone’owych szumów i buczeń. I nawet gdy EOY decyduje się nieco poluźnić atmosferę (okolice dziewiętnastej minuty), atmosfera nagrania cały czas jest napięta. Końcówka to już doom metalowy riff, wyższe solówki i dynamiczna, dość wartka akcja. Echoes of Yul w formie, bez dwóch zdań.

NASZA OCENA: 7

NASZA SKALA OCEN (KLIK)



AUTOR: Rara
TYTUŁ: Planet Death Re/Architecture
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 7 grudnia 2018


Po płycie W//\TR Rara dalej w Zoharum. Tym razem spotykamy się z reedycją wychwalanej w 2014 i 2015 roku kasety Planet Death Architecture, którą wówczas wydały toruńskie Złe Litery, oraz nagrania live z Radia Gdańsk. I o ile pierwszą płytę Rafał Skonieczny nagrał wraz z Michałem Pszczółkowskim i Wojciechem Noskowiakiem, to w radiowym występie Skoniecznego (głównodowodzącego Rarą) wsparła Ola Bilińska, Mikołaj Zieliński, wspomniany Pszczółkowski i Jakub Ziołek. I słychać w Rarze, że Skonieczny pochodzi z kujawsko-pomorskiego i blisko mu do starorzecznych oraz alamedowych klimatów. Rara od początku stawiał na melodie liryczne, ambientalne, wydłużone z post-rockowym sznytem i folkową lekkością. To piosenkowa formuła sprawiała, że Skoniecznego słuchało się o tyle miło, że też dość niezobowiązująco. I tak też jest na Planet Death Re/Architecture. To muzyka, którą włącza się wieczorem, przed zaśnięciem, i zaraz przy drugim numerze odcina się od lecących dźwięków na rzecz snu. Bonusem w reedycji jest utwór „///o>” rozszerzony o ukryty kawałek, przez co całość z sześciu minut została wydłużona do prawie trzynastu i jest to czysty, delikatny ambient.

Płyta numer dwa to koncertówka z Metropolia jest Okey z edycji roku 2017 i jest to materiał mocny. W gdańskim radiu Rara i Przyjaciele zagrali mieszanie Planet Death Architecture W//\TR, a prawdziwą wartością dodaną są tu wokalne partie Oli Bilińskiej, która sprawdza się praktycznie zawsze wzorowo. Muzycy snują swoje opowieści, urzeka aranżacja „////(Come Back Winter)”, chwyta apokaliptycznie zagrane, ze świetną perkusją i syntezatorami „Pasażerowie wiatru”, schizofrenicznie przygniata ciężarem i rozmachem „Szepty w głowie Elly Brand”.

NASZA OCENA: 5.5

NASZA SKALA OCEN (KLIK)



AUTOR: Rapoon
TYTUŁ: Darker by Light
WYTWÓRNIA: Zoharum / Soleilmoon Recordings
WYDANE: 22 listopada 2018 / 24 czerwca 1996


Z Soleilmoon Recordings do Zoharum, z 1996 roku na 2018. Darker by Light doczekało się należytego wznowienia, bo to był i jest naprawdę porządny materiał. To płyta z tego samego okresu co The Fires Of The Borderlands i The Kirghiz Light, zresztą te dwa wydawnictwa ukazały się w ramach odświeżania muzyki Robina Storeya prze Zoharum, dlatego nie dziwi stylistyczna bliskość wszystkich krążków. Na Darker by Light, albumie Rapoona po prostu świetnym, otrzymujemy to, z czego pochodzący z Newcastle Upon Tyne artysta słynie. Są długie i tajemnicze ambienty, industrialny chłód, w końcu są tribalowe rytmy mieszające się z niepokojącym drone’em. To bardzo liryczna i oniryczna płyta („Flight”), senna („Night that Tunders”), tajemnicza („From Sleep Awake”), a jednocześnie, gdy słyszy się „Tidal Transmission” czy – i tutaj bardziej – „Lies and Propaganda”, Anglik zmierza w cięższe, bardziej taneczne i rytmiczne rejony. Chwytliwa rytmika, rozciągnięte synthy też się znajdą, tak jak i trzaski u podstaw kawałków, ale to właśnie rytm, stanowczy, mocny i wyrazisty napędza kompozycje.

Świetnie Rapoon płynie na mrocznych drone’ach niczym Nocny Król w kampanii o Winterfell w „Winter’s Edge” i jest to jeden z mocniejszych numerów na Darker by Light. Mocniejszych i równie plastycznych, bo Storeyowi wychodzą płyty, które w teorii mogłyby aspirować do albumów z muzyką tła, ale zawsze (no, może prawie zawsze) producent z Newcastle wybija się ponad easy listening. Jasne, można zasnąć przy Darker by Light, nie będzie to jednak głęboka śpiączka, ale przyjemny sen z momentami („Lies and Propaganda”) przebudzenia.

NASZA OCENA: 7

NASZA SKALA OCEN (KLIK)



AUTOR: Sphyxion
TYTUŁ: 2
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 12 lipca 2018


Dwa lata po wydaniu debiutu Sphyxion opuszczają rodzinną Francję i tamtejszą wytwórnię Anywave, by dźwiękowo związać się może z nie tak uroczym jak Paryż, ale nadal pięknym, klimatycznym i – co ważne – leżącym przy morzu Gdańskiem. Czyli ukazało się w Zoharum. Dla polskiej oficyny to duży krok jeśli chodzi o wydawaną stylistykę.

Sphyxion, czyli w przeszłości Maninkari (zmienili nazwę), czyli tak naprawdę francuskie rodzeństwo braci Frederika i Olivera Charlot, nie odchodzą muzycznie od swojego debiutu. Ich pierwsza płyta – Sphyxion – obracała się wokół ezoterycznej, opartej na połamanym bicie elektronice zahaczającej i o dubowe, głębokie techno, i o pastelowe ambientowe pasaże, ale znajdą się też i bardziej schizofreniczne, wypełnione niepokojącymi dźwiękami kawałki.

Jest w nich coś niepokojącego, coś wręcz nieprzyjemnego. To chłód, odczłowieczenie kompozycji, puszczenie ich w pełne smutku i namacalnej nicości, czyli przeszywających słuchaczy dźwięków syntezatorów, które, jak w „Untitled 7”, zahaczają o horrorwe rejony, czy jak w końcówce „Untitled 5”, po wyczerpującym quasi-rave’owym początku, ślizgają się po zimnym lodzie. Tajemniczo jak w Grze o Tron jest też w „Untitled 9”, zresztą ambientowe synthy i postukująca, miarowa rytmika nadają kompozycji właśnie tej aury niedopowiedzenia.

Ale dużo na 2 rytmiki umieszczonej w industrialno-klubowych realiach. Wiadomo, że ten klubowy akcent nie będzie taki pełny i wyrazisty jak w innego rodzaju przypadkach, ale Francuzi wiedzą, jak robić mocne numery. Takim bez wątpienia jest „Untitled 2” z wokalnymi, niewyraźnymi frazami, wysokimi syntezatorami i chwytliwym bitem. Inny? Masywny „Untitled 6” przygniata swoim ciężarem, podczas gdy „Untitled 10” urzeka iście liquidową aranżacją. Sphyxion naprawdę wyszła ta płyta i wyszła bardzo dobrze. Różnorodnie i, co ważne, rozszerzająca muzyczne horyzonty Zoharum o takie rejony, jakich rzadko doświadczamy w katalogu gdańskiej wytwórni.

NASZA OCENA: 7

NASZA SKALA OCEN (KLIK)



AUTOR: Vidna Obmana
TYTUŁ: Trilogy
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 28 marca 2018


Czołowy projekt Dirka Serriesa w Zoharum. I to jest naprawdę dobry strzał wydawniczy Macieja Mehringa i Michała Porweta, bo Vidna Obmana to jeden z ważniejszych elektroakustycznych, ambientowych i okołokosmische musik artystów XX wieku. W 2018 roku Zoharum wypuściło aż pięć albumów Serriesa (w dwóch zestawach), w tym dorzuciło jeszcze jeden. Ale zacznijmy od początku.

Na pierwszy ogień idzie Trilogy, czyli trzy płyty z lat 1991-1993: Passage In Beauty (1991), Shadowing In Sorrow (1992) i Ending Mirage (1993). Trzy leżące stylistycznie tak blisko siebie, jak blisko siebie graniczą Belgia, Holandia i Luksemburg. Nie bez powodu wspominam o Beneluksie, bo Vidna Obmana to w końcu Belg z Antwerpii, czyli krajan Hybryds. Ten komplet został już kiedyś wydany, przez wytwórnię Relic, ale to materiał tak dobry i ciekawy, dla Serriesa, jeśli chodzi o jego muzyczny rozwój, ważny, że dobrze się stało, że ukazał się w Zoharum.

Ambient, melodyjny, spokojny, momentami w sakralnych barwach, wybrzmiewa na trzech wydanych płytach. Gdzieniegdzie, czasem, pojawiają się grubsze i cięższe partie drone’owe, namacalne trzaski czy quasi-horrorowe syntezatory puszczone na głębokim reverbie. Tak jest na pierwszych dwóch płytach, na których Vidna Obmana przemierza mroczne krainy ambientu i drone’u. Passage In Beauty skupione jest wokół czterech kompozycji spod szyldu „Awakening in Floating Colours”, utworach opartych na długich i zdezelowanych pasażach ambientowych (tytuł płyty jest taki wymowny), do których Belg dokładał szumy, szumy i jeszcze raz głębokie szumy.

Również z pogłosem, także na pętlach i z wyczuwalną nutą grozy. Dirk Serries na Shadowing in Sorrow z 1992 roku dalej zgłębiał tajniki ambitnego i delikatnego ambientu w stylu Briana Eno. Pełne spokoju przy pierwszym zapoznaniu kompozycje zyskują z każdym kolejnym odtworzeniem. Bo w „Of Great Constancy” urzekać będą wzniesienia i upadki melodii, która ląduje niemal w mętnej ciszy, bo „Over Angels Grief” ma taką dużą dawkę reverbu, że możemy się w tym rozciągnięciu podskórnych szumów aż zgubić. Bo każda z pozycji na tej płycie pięknie się rozwija, przechodząc jedna w drugą, tworzy spójną całość.

I na koniec ostatnia, najnowsza z całej trylogii, bo z 1993 roku Ending Mirage. Nie wiem, czy to nie jest najbardziej plastyczna pozycja z Trilogy, a przynajmniej najbardziej eksplorująca rejony poetyckiego, głębokiego ambientu przez Dirka Serriesa. Mrok miesza się z jutrzenką, elektronika z – w końcu – partiami wokalnymi (nieoceniona rola Leen Smets z Hybryds) w „Mellow at Heart (Vocal Reprise)”, a nad wszystko kluczem są ciągłe repetycje. I zabawa w ciszę, bo „głośno-cicho-głośno-jeszcze ciszej” to element rozpoznawczy Vidna Obmana (czy może Vidny Obmany?) w latach dziewięćdziesiątych. Potem Serries zaczął stopniowo odchodzić od czystego ambientu na rzecz bardziej elektronicznych, etnicznych oraz industrialnych rozwiązań. Ale o tym zapewne w przyszłości, bo niżej czeka kilka zdań o The Surreal Sanctuary / The Contemporary Nocturne. A to już były płyty o naprawdę odmiennym charakterze…

NASZA OCENA: 7

NASZA SKALA OCEN (KLIK)



AUTOR: Vidna Obmana
TYTUŁ: The Surreal Sanctuary i The Contemporary Nocturne
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 22 listopada 2018


Podczas gdy Trilogy prezentowało ambientową, minimalistyczną i nawiązującą do muzyki Briana Eno twórczość Dirka Serriesa, Belg z czasem zmienił obiekt zainteresowania, a The Surreal Sanctuary to płyta w historii Vidna Obmana (albo Vidny Obmany) wręcz monumentalna. Zamysł był prosty, każdy utwór oparty na innym instrumencie lub innym zestawie instrumentarium. Siedem kompozycji znalazło się na albumie z 2000 roku. To był rok Euro 2000, a jednym ze współorganizatorów (oprócz Holandii) była Belgia. Gospodarzom turniej się nie powiódł, zaledwie jedno zwycięstwo 3:1 nad Szwecją oraz w banię od Włochów i Turków i złote pokolenie belgijskich futbolistów musiało rozjeżdżać się do domów (daleko nie mieli). Nie wiem, czy w tym czasie Dirk Serries żył piłkarską gorączką, w Antwerpii meczów nie rozgrywano, ale muzyk nie próżnował. Nagrał płytę-kolosa.

Zamysł zamysłem, ale wykonanie to rzecz inna. Do współpracy Vidna Obmana zaprosił Jorisa De Backera, Jima Cole’a i Steve Roacha, oni odpowiadali za kontrabas, wokale, tamburę i elektryczną gitarę (za którą chwytał też sam Dirk Serries). Kluczem do chwycenia wydawnictwa było zebranie przez Belga przeróżnych partii dźwiękowych i zaadaptowanie ich na własną modłę. To zbiór melodii, który następnie został przetworzony, zapętlony, pocięty, przeklejony i przepuszczony jeszcze raz i jeszcze raz, i raz jeszcze. I tak dalej. Na The Surreal Sanctuary odgłosy mieszają się ze sobą, zlewają, tworzą jedną kleistą magmę ambientu z drone’owymi elementami. Mrok i ciemność spowijają ten album, ale jest to dobra ciemność. Nerwowa, trzymająca w napięciu („The First Coil”), momentami przypominająca muzyczne nowe życie (dzięki fletowi „Jewel of the Underground”), czy schizofreniczna („Flame”), ale jednocześnie w pełni kontemplacyjna („Lamentation”). Nie dziwi głęboka współpraca Serriesa ze Steve’em Roachem. Ta płyta aż nadto pokazała, że obu artystom było blisko do siebie.

Z tego samego 2000 roku pochodzi The Contemporary Nocturne. Idea wydawnictwa była taka sama, nawet zestaw współpracowników się powtórzył. I efekt jest podobny. Vidna Obmana tworzy zawiłe, mroczne pejzaże dźwiękowe, którym bliżej do ciężkich drone’ów niż przytulnych, delikatnych i sakralnych ambientów z przeszłości (patrz recenzja powyżej). To ciągły galimatias dźwięków różnych instrumentów, nachodzących na siebie, gryzących się ze sobą, które raz brzmią czysto i przejrzyście, by po chwili zbić się w jedną całość.

A Dirk Serries w głównej mierze na Contemporary Nocturne korzysta z prostej i szamańskiej fujary. To ona Kreuje muzyczną rzeczywistość w „Duel”, ją słyszymy w „A Platform of Sorrow” (świetne szamańskie drony ), a w „Mute Grief” fujara i minimalistyczna gra na gitarze wprowadzają w klaustrofobiczny stan. Nieźle wypada też „Revelation” z fragmentami wokaliz (Jim Cole). Przepuszczona piszczałka i fujara w końcówce nagrania to już niezły horrorowy trans. I tylko zastanawiam się, który z dwóch ostatnich utworów najlepiej dopina całość wydawnictwa. Oba, „The Path Downwards” i „Infinity”, rozpisano z należytym rozmachem. Oba Vidna Obmana zaaranżował na mrożące krew w żyłach, chłodne ambienty z mocnymi akcentami. Trwające blisko dwadzieścia minut „The Path Downwards” przypomina ślizganie się po pękającym lodzie, kwadransowe „Infinity” urzeka siłą kontrabasu (Joris De Backer), orientalnym brzmieniem gitary i przemykającym w tle pianinem. Jako całość, spięte oba albumy The Surreal Sanctuary The Contemporary Nocturne to wydawnictwo wręcz świetne.

NASZA OCENA: 8

NASZA SKALA OCEN (KLIK)



AUTOR: Różni wykonawcy
TYTUŁ: In Progress Volume III
WYTWÓRNIA: Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia
WYDANE: 31 października 2018


Na zakończenie tej długiej kumulacji album, który jest niejako podsumowaniem działalności Zoharum, bo sporo z tej grupy czternastu artystów związana jest właśnie z Gdańskiem i oficyną. To też – już nie niejako, a stricte – podsumowanie cyklu In Progress, którego kuratorem jest Michał Porwet, też osoba z Zoharum. In Progress to wieloletnia już seria gigów odbywająca się w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia. Z kronikarskiego obowiązku nadmienię: wyborem utworów zajmował się Porwet i Łukasz Szałankiewicz (czyli Zenial, kolejna sztandarowa postać Zoharum), materiał nagrywał Karol Schwarz (Nasiono Records, arcyistotna osoba Trójmiejskiej Sceny Artystycznej nowego pokolenia), masterował Łukasz Miernik, czołowy inżynier dźwięku Zoharum. A artyści?

Plejada! Machinefabriek otwiera In Progress Volume III swoim „Stay Tuned Łaźnia”, czyli długą partią ambientów, które zgrabnie budują atmosferę rozpoczęcia koncertu czy, jak w tym przypadku, wydawnictwa. Magda Ter postawiła na delikatną i pulsującą elektronikę na syntezatorach modularnych, a Kasia Justka zaserwowała mroczne i ciężkie, choć bardzo krótkie, drony. To mógł być dobry występ w Łaźni, szkoda tylko, że na In Progress Volume III znalazł się taki drobny wycinek. Bardzo ładnie zagrał też pochodzący z Berlina René Margraff, a jego ambientowa odyseja „Uno” na długo zostaje w pamięci. Ak Uki, projekt również związany z Pomorzem, bo z koszalińskiej Plaży Zachodniej, przygotował set szamańsko-industrialny, bo „Poprzednie” to właśnie taki bujający utwór z elementami i orientu, i fabrycznego chłodu.

Dziwnie, mrocznie, chaotycznie i improwizatorsko zagrała Hélène Breschand, której występ musiał być naprawdę, naprawdę dobry. Piski, drony, hałas i gęsta jak smoła kompozycja („Voices in the Gdańsk Wind”) wybijają się ponad pozostałe, znajdujące się na płycie kawałki. Fajnie zagrała też Olga Szymula, ale w jej przypadku to też żadna nowość. I znowu mroczna, drone’owa faktura z preparowanymi wokalami umila słuchanie Volume III. Znajdujący się za Szymulą Tomek Mirt ciekawie koresponduje z poprzednim kawałkiem. Jego prawie taneczna elektronika z techno-rytmiką stawia niemal pionową krechę między dwoma utworami.

Z kompilacjami mam taki problem, że zawsze (no, może prawie zawsze) prezentują bardzo nierówny poziom. Z In Progress w części trzeciej aż tak źle nie jest. Wiadomo, coś zawodzi (Job Karma), coś przynudza (Fabio Orsi), coś jest „takie se” (Rongwrong), ale wymienieni wcześniej artyści rekompensują słabsze momenty. W składankach spinających w całość pewien cykl koncertów istnieje też ryzyko doboru materiału. Dlaczego ten, a nie inny utwór? Czy warto ograniczać się tylko do jednej pozycji danego artysty (artystki)? A może zrobić tak bootleg konkretnych muzyków? Pytań zawsze będzie sporo, pozostawmy je bez odpowiedzi. A Volume III gigów In Progress pokazuje, że gdańskie CSW robi dobrą robotę w dziedzinie muzyki.

NASZA OCENA: 7.5

NASZA SKALA OCEN (KLIK)
A JAK OCENIAMY?
6.9FYHOWA OCENA

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: