Nadrabiamy tegoroczne wydawnictwa. W kolejnej części kolejnych pięć recenzji, w tym jedna podwójna. Tym razem dwie epki 1926, Crash of Rhinos, Daughn Gibson, Lee Ranaldo and the Dust oraz The National.

1926_buty-min

AUTOR: 1926
TYTUŁ: Bury The Ghost / Orphans
WYTWÓRNIA: Music Is The Weapon
WYDANE: 2 sierpnia 2013

Niiby dwie małe płyty, ale można kupić w jednym pudełku i wspólną okładką, więc nie ma po co się rozdrabniać. Napisałem przy okazji koncertu, powtórzę przy okazji tej spóźnionej o parę ładnych miesięcy, pisanej na kolanie recenzji. Najprościej mówiąc obcujemy z płytą, w której w równym stopniu można usłyszeć echa radykalniejszych nagrań Sonic Youth, jak i mistycyzm Godspeed You! Black Emperor. W różnych proporcjach. Bury The Ghost jest odrobinę bardziej ułożony pod względem kompozytorskim, ale jako całość chyba trochę mniej ciekawy od Orphans, będącego w całości wynikiem improwizacji w studiu S4, podbarwionej wspaniałym, bluźnierczym coverem „Hope Of Deliverance” z repertuaru Paula McCartneya.

NASZA OCENA: 8


AUTOR: Crash of Rhinos
TYTUŁ: Knots
WYTWÓRNIA: Topshelf Records, To Lose La Track, Big Scary Monsters
WYDANE: 22 lipca 2013

Nie dajcie się odstraszyć tytułowi. Na płycie na próżno szukać jakiegokolwiek knota, a co dopiero knotów w liczbie mnogiej. Żarty na bok. Po naładowanej energią aż po same brzegi Distal (która podobała mi się tak bardzo, że przez przypadek zapomniałem o tym, że wyszła w 2011 i lobbowałem za jej obecnością przy okazji podsumowania roku 2012). Na swoim długograju oprócz petard wskrzeszającym najlepsze tradycje mildwest emo znalazły się stonowane, niepokojące rzeczy, których trudno było się po nich spodziewać wcześniej (jak „Lean Out”). Ich najmocniejszą stroną pozostaje pięciu nawzajem przekrzykujących się śpiewaków, zaraźliwe melodie i mocarna (świetnie ukręcona przez Roberta Whiteleya) sekcja (podobnie jak w rodzimym Searching For Calm produkuje się dwóch basistów). Przy całym dobru, które dociera do nas przy powrocie do grania „prawdziwego emo”, jest to z pewnością jeden z lepszych i oryginalniejszych składów.

NASZA OCENA: 8.5


AUTOR: Daughn Gibson
TYTUŁ: Me Moan
WYTWÓRNIA: Sub Pop
WYDANE: 9 lipca 2013

Jedno z moich największych zaskoczeń w tym roku. Daughn Gibson, czyli typek, który na zeszłorocznym OFF Festivalu wymęczył mnie niemiłosiernie, nagrał piękną, skończoną i zaskakującą płytę. Płytę, która w kraju, gdzie bilety na Depeche Mode („Kissin On The Blacktop” to trochę taki „Personal Jesus” XXI wieku) wyprzedają się zanim zdążą się pojawić, powinna pokryć się wielokrotną platyną (o ile od kupna nie odstraszyłaby świętokradcza okładka z golasami i krzyżem). Bo wokalnie Gibson to taki trochę Gahan po mutacji głosu (czyli od „Songs Of Faith and Devotion”) spotykający korzenną bluesowo/country’ową głębię. Wyjątkowo dużo dzieje się w podkładach, a to odezwą się dudy („Mad Ocean”), a to zagrana od niechcenia slide gitara („The Pisgee Nest”), a to jakieś posamplowane kobiece zaśpiewy, pod które równie dobrze mógłby nawijać Kanye West („You don’t fade”). Jak dla mnie wyjątkowo piękna i niedoceniona rzecz.

NASZA OCENA: 8


AUTOR: Lee Ranaldo and the Dust
TYTUŁ: Last Night on Earth
WYTWÓRNIA: Matador
WYDANE: 8 października 2013

Po zeszłorocznym, może trochę nierównym, ale z wystarczającą ilością tzw. „momentów”, żeby uznać go za udany, Between the Tides and the Times, Lee Ranaldo w towarzystwie the Dust wydaję rzecz, o której właściwie trudno napisać cokolwiek dobrego. Last Night On Earth wypełniają utwory, które w najlepszym wypadku brzmią jak najgorsze utwory Sonic Youth z lżejszych brzmieniowo płyt (jak Murray Street i Rather Ripped), a w najgorszym jak najgorsze numery Foo Fighters z ich akustycznego wcielenia (wiem, że to brzmi jak świętokradztwo, ale posłuchajcie takiego „Key-Hole”). OK, jest „Ambulancer”, który do pewnego momentu rozwija się nawet obiecująco. OK, Lee Ranaldo nawet największy banał jest w stanie fajnie zaaranżować, ale biorąc pod uwagę, co ten koleś ma w swoim dorobku (a zarówno w kategorii „piosenka”, jak w kategorii „eksperyment” ma się czym pochwalić), naprawdę trudno uznać Last Night on Earth za pozycję satysfakcjonującą. Wystarczy mieć nadzieję, że to wypadek przy pracy.

NASZA OCENA: 4


AUTOR: The National
TYTUŁ: Trouble Will Find Me
WYTWÓRNIA: 4AD
WYDANE: 17 maja

The National to właściwie styl sam w sobie, kto załapał się na te intymne mruczanki przy okazji poprzednich nagrań, nie powinien czuć się rozczarowany. Jeśli na siłę szukać czegoś odznaczającego Trouble Will Find Me na tle poprzednich rzeczy, to większy minimalizm, aranżerska skromność i brak wybuchów wściekłości na wzór „Availabe” czy „Mr. November” z wcześniejszych płyt. Przy zespołach, które tak mało się zmieniają, przy ocenie płyty wystarczy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy mimo tego, że nic się nie zmienia, dalej potrafią kąsać? The National potrafią, co więcej, trudno mi sobie wyobrazić ludzi, którzy po wysłuchaniu w podłym nastroju „Sea of Love” i „Graceless” (słusznie wyciągniętych na single) byliby w stanie się nie wzruszyć.

NASZA OCENA: 8

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: