Nową płytę Nathalie and The Loners rozkłada na czynniki pierwsze Natalia Fiedorczuk.


TYTUŁ: On being sane (in insane places)

Tytuł płyty nawiązuje do słynnego eksperymentu Rosenhana – zdrowi ludzie zapisywali się na ochotnika do szpitali psychiatrycznych, udając świrów. Dawno temu przeczytałam fragmenty książki Rosenhana i refleksje psychologa dały mi dużo do myślenia. Materiał na płytę powstawał przez trzy lata, bo po prostu nieraz właśnie tyle czasu trwa proces. Całe szczęście jestem na tyle niszowa, że wszyscy zdążyli zapomnieć, że nie jest to debiut i nikt mnie nie cisnął. Być może kolejna płyta powstanie szybciej. Miksowały ją cztery osoby, produkowały – trzy. Normalnie jak jakaś neurochirurgiczna operacja, a nie minimalistyczna płyta, gdzie średnia ilość śladów na utwór to cztery.

Sines

Miałam nieprzepartą ochotę pobawić się w Stevie Nicks i zrobić taki trochę rozmarzony, trochę przepełniony dobrobytem kawałek w klimacie lat siedemdziesiątych. Ten okres w muzyce kojarzy mi się z tym, co obecnie dzieje się w muzyce popularnej – przejadła się muzyka gitarowa, przejadła psychodelia, przejadł hard rock, wszystko przykryte jest mgiełką dystansu, ironii i niezrozumiałego samozadowolenia. „Sines” też takie trochę jest: niby jak zwykle o jakichś strasznych emocjonalnych katastrofach, ale przykryte odpowiednikiem oświetlenia „high-key” w fotografii: wszystko jest trochę rozmyte, eleganckie, przydymione. Z tą Stevie Nicks to mi wyszło: kolega, który przyszedł do studia, kiedy nagrywaliśmy bębny już po kilkunastu sekundach zakrzyknął „Fleetwood Mac!”. Jestem wielką fanką tych prostych bębnów w intro, zostawiłam je „puste”, bo pogrążona we własnej próżności chciałabym, by samplowali je hiphopowcy.

Nervous monster

Prosty numer, który był cholernie trudny do nagrania. W zasadzie pomysł na aranżację – od momentu, kiedy go wymyśliłam – ewoluował prawie przez dwa lata. Miałam ochotę, żeby był jeszcze bardziej szugejzowy i jeszcze bardziej przykryty gitarami, ale ogołocenie ostatecznego aranżu zrobiło dobrze spójności całej płyty. Zostawiłam natomiast iście madrygałową aranżację chórków, wymyśloną jakiejś bezsennej nocy. Chyba w całym kawałku najbardziej jarają mnie te chórki. Tekst, jak zwykle, opowiada o trudnościach w dojrzewaniu emocjonalnym. Nihil novi.

Cats on fury

Był taki moment w pracy nad płytą, kiedy to zrobiłam sobie kilkumiesięczną przerwę w koncertach i zajęłam się szeroko pojętym życiem: prawo jazdy, remont, przeprowadzka, ogólne zmiany. Po tym czasie otworzyłam – w DAW-ie, nie w głowie – projekt z „Cats on fury”, nagrany tuż przed tą pauzą. Zmiksowałam na szybko i postanowiłam wrzucić „testowo” na jeden ze swoich profili z muzyką. To było akurat w czasie świąt Bożego Narodzenia. Dostałam bardzo dużo intensywnego sprzężenia zwrotnego. To zweryfikowało mój idealistyczny pogląd, że twórczość posiłkuje się wyłącznie motywacją wewnętrzną. Bullshit, dostałam kopa, bo „Koty…” zwyczajnie się ludziom podobały. Sama kompozycja powstała dzień po katastrofie smoleńskiej. Na Mokotowie, gdzie wówczas mieszkałam, było strasznie cicho, była niedziela, w pewnym momencie lubieżnie i bezczelnie zaczęły drzeć się seksualnie rozpasane, okoliczne koty.

Come come come

Utwór z półki „świeże”. Powstał już po sesji nagraniowej, która miała być ostateczną. W międzyczasie jednak zadecydowałam o kolejnym podejściu (perfekcjonizm zabija) i włączyłam ten kawałek, oraz jeszcze jeden do ostatecznej traklisty On being sane (…). Jeśli chodzi o ekspresję i prostotę melodii – obecnie jeden z ulubionych. Zwrotka kojarzy mi się z wariacją na temat piosenki Grechuty („Gdy cię nie widzę nie wzdycham nie płaczę…”), co oczywiście skonstatowałam jak już utwór uzyskał ostateczny kształt.

All of a sudden

Piosenka dość stara. Na początku była quasi- bluesową balladą nagraną na rozstrojonej gitarze klasycznej, była grana trzy razy wolniej i generalnie…wstyd. Po jakimś czasie dopiero zyskała ten neurotyczny klawisz. Partia wiolonczeli, w momencie kiedy zaczęłam grać z Karoliną Rec, zmieniała się ze cztery razy. Ostatecznie, w miksie, wiolka wpuszczona jest w tak głęboki pogłos, że pozostaje wrażeniowym „duszkiem”. Tekst, jak zwykle: uwięzienie emocjonalne, a następnie spektakularne wyzwolenie.

Sadnesslessness

Jedyna w mojej (ekhem…) karierze piosenka, do której tekst napisał ktoś inny. To znaczy tekst już istniał, a ja go po prostu zaśpiewałam, bo wydał mi się stworzony do wplecenia go w jakąś psycho- bossanovę. Mój kolega Piotrek jest tłumaczem z języka angielskiego, robi też wiele innych rzeczy, zrobił mi między innymi korektę tekstów, które zaśpiewałam na On being sane (…), żeby nie było jakiejś spektakularnej, gramatycznej wpadki. Nie jestem nejtiwem, a teksty często powstają raczej intuicyjnie niż erudycyjnie. W każdym razie Piotr napisał bardzo ładny, rytmiczny poemat, a ja go zaśpiewałam. Tym samym stał się pierwszym oficjalnym tekściarzem Nathalie And The Loners.

Daria

Ta piosenka jest kolejnym dowodem na to, że motywacja zewnętrzna jest równie ważna, jak wewnętrzna. W zeszłym roku brałam udział w warsztatach – treningu interpersonalnym. Takie rzeczy robię na swoich szamańskich studiach. W ramach jednego z ćwiczeń na tym treningu każdy z uczestników miał przygotować w domu, wylosowanej osobie, wyspecjalizowany prezent, coś jak mikołajki w podstawówce, z tym że nie można było nic, ot tak, kupić w sklepie. Wylosowałam bardzo miłą i fajną koleżankę Darię i napisałam na jej cześć piosenkę, która stała się pierwszym singlem z On being sane. Zrobiłam więc prezent także i sobie.

Emily

Piosenka powstała jako ilustracja do krótkiego filmu Jacka Kołodziejskiego i Martyny Czerwińskiej „Dune”. Później zaczęła żyć własnym życiem. Jako jedyna „ostała się” na płycie po dość niezwykłej sesji nagraniowej, która odbyła się na zapadłej wsi nieopodal Zamościa. Było tak: śnieżno- błotny marzec, moja okropna tojota zagrzebana w błocie, zimny piec w letnim domku naszych znajomych, Rafała i Ani, który usiłował rozbujać nieustępliwy Tomek Śliwka, czterośladowy kaseciak rozgrzany do czerwoności, Karolina skulona z zimna na krzesełku, przyciskająca do piersi cenną wiolonczelę, ja w nagraniowym amoku i najmilszy producent w Polsce i na świecie – Michał Kupicz.

***

WYTWÓRNIA: Antena Krzyku
WYDANE: 12 listopada 2012
WIĘCEJ O: NATHALIE AND THE LONERS
INFORMACJE O ALBUMIE

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: