W marcowym rzucie wydawniczym Requiem Records postawiło na słuchowiska. Mieliśmy mroczny, wydobyty z czeluści ANRS, były Sowy Polski – Podział gatunkowy Michała Szturomskiego, są Kopyta Zła (sprawdź facebooka projektu: KLIK!), album oparty na noweli Metzengerstein Edgara Allana Poe. Dziś Joanna Szumacher i Paweł Cieślak opowiadają o swoim słuchowisku, rozkładając je na Czynniki pierwsze.

Opowiada Joanna Szumacher:

Dlaczego Metzengerstein i Edgar Allan Poe? Dlaczego słuchowisko?

Rok temu zabrałam się za lekturę tej noweli i bardzo mi się spodobała. Przyszło mi do głowy, że mogłabym napisać słuchowisko i oprzeć swoją opowieść właśnie na kanwie tego opowiadania. Głównym bohaterem tej historii, któremu jednocześnie oddałam głos, jest koń. Koń na płycie przede wszystkim śpiewa piosenki, narrator zaś opowiada historię konia i jego pana. Historia ta ciągnie się przez całe Kopyta Zła. 

To opowieść o przeznaczeniu. Że wszystko kończy się źle, a świat jest obojętny wobec tego, co się wokół nas dzieje. O tym, że pewnych rzeczy nie da się ominąć i w pewnym sensie jesteśmy na siebie skazani; o tym, że nikczemność i podłość są wszędzie. Ta opowieść zahacza mocno o manichejskie podejście do zła. Koń wie, że jest jego wcieleniem, ale nic z tą sytuacją nie może zrobić. 

Ale ma też swoje uczucia, chciałby czegoś innego, ale poddaje się, bo nie ma wyjścia. To tak, jak w piosence „Druga pieśń konia”, gdzie koń śpiewa o tym, że on jest nic niewart, że jest skazany na śmierć. To smutna, ale jednocześnie życiowa piosenka. Mówi o tym, że skończymy jak popiół, rozwieje nas wiatr. I choć zdeformowany wokal sprawia odmienne wrażenie, może bardziej wesołe, jest to jednocześnie forma pastiszu. I tak jak Fryderyk w opowieści jest zły do szpiku kości, jest ucieleśnieniem zła, a to zło jest w tym przypadku odziedziczone, tak konia chyba można darzyć pewną sympatią. Oczywiście on też jest niedobry, ale ma swoje tęsknoty, marzenia, które nie zostaną zrealizowane. Jak w „Ostatniej pieśni konia”: „Ja skakać chcę, falować chcę, unieść ponad tęczą. I żywić kolorami, barwą napełniać się. Lecz na nic to, to słowa są, a balonowa, różowa guma jak smoła ciągnie się. Smak umarł, umarł, umarł”. 

 

Kopyta Zła to opowieść o dziedziczeniu zła i o przeznaczeniu. Nie chciałam jednak, by ta historia miała ciężką formę i była utrzymana w poważnym tonie. Stąd jest lekko rymowana, a „Pierwsza pieśń konia” jest skocznym utworem o, mam nadzieję, zabawnym i lekkim tekście. Ciężko było mi się przełamać, żeby zaśpiewać w tych kilku piosenkach. Naprawdę tego nie lubię!

***

Opowiada Paweł Cieślak:

Jako muzyk z wyraźnymi zapędami twórczymi, pracując nad każdym kolejnym swym tworem, stawiam sobie nowe wyzwania i kreuję problemy, dążąc do tego, by nie przystawać dłużej w jednym miejscu, które już w miarę dobrze zdążyłem poznać. Odnosi się to zarówno do tworzonej muzyki, jak i sposobu jej realizacji i postprodukcji, gdyż jako właściciel Hasselhoff Studia, sam zmuszony jestem pracować nad realizacją własnych nagrań. Nie inaczej było w przypadku Kopyt Zła – tworu, któremu najbliżej do słuchowiska czy bajki słowno-muzycznej.

Asia Szumacher – inicjatorka projektu, autorka tekstu i właścicielka przepięknego głosu – chciała pierwotnie, by całość okraszona była muzyką i dźwiękami „eksperymentalnymi” i tu nastąpiło lekkie zderzenie dotyczące sposobu rozumienia pojęcia „eksperymentalności”. Powszechnie uważa się bowiem, że muzyka oparta na szumach, zgrzytach, piskach, nieoparta na klasycznym systemie harmonicznym itp., jest muzyką eksperymentalną. Ja zaś przychylam się koncepcji, że nazywanie tego typu twórczości mianem eksperymentalnej, to jak podniecanie się, że samochód obecnie produkowany ma piąty bieg. Wszystko to bowiem już od wielu dekad jest nieodzownym tworzywem muzycznym, a pojęcie eksperymentu można właściwie odnieść tylko do własnych doświadczeń twórczych i eksplorowania pól, w których się jeszcze samemu nie było. Dlatego porzućmy słowo „eksperymentalność”.

Tak więc, wracając do Kopyt Zła, moje założenie było takie, by stworzyć coś BARWNEGO (jedno ze słów-kluczy dla tego, co robię), trochę nieprzewidywalnego, zderzającego teoretycznie nieprzystawalne do siebie elementy i zmuszającego do wnikliwego śledzenia toku zdarzeń słowno-dźwiękowych. Stąd ten natłok środków, który nie pozwala praktycznie ani na chwilę odetchnąć, a momentami nawet przeszkadza w śledzeniu treści słownej. Postanowiłem również dać upust niektórym z moich fascynacji muzycznych, jak muzyka w stylu Pan Kleks, długometrażowy Wilk i zając, przedwojenne piosenki czy utwory z bajek Disneya. Wszystko to oczywiście przepuszczone zostało przez filtr własny. Cieszę się, że w końcu wykorzystałem stare pianino, które stoi u mnie w studiu i z racji swego opłakanego stanu techniczno-intonacyjnego nie bardzo nadaje się do użycia w produkcjach z gatunku konwencjonalnych. Postanowiłem również wykorzystać brzmienia i instrumenty, o których współcześni twórcy chcieliby pewnie zapomnieć z racji ich obciachowości, ja natomiast przygarnąłem je niczym brzydkie, zaniedbane pieski, choć oczywiście skorzystałem również z rasowych piękności jak MiniMOOG czy system modularny DOEPFER. Jeśli jesteśmy przy pojęciu obciachowości, to wykonałem wokalnie „Ostatnią pieśń konia”, dopuszczając w końcu swój głos księdza Janusza z małej parafii w okolicach Zgierza do roli pierwszoplanowej. Nie obyło się także bez klarnetu – instrumentu, na którym zdobyłem wykształcenie muzyczne (SKĄD TEN KOŃ. SPALIĆ SĄSIADA), choć niechęć Asi do tego instrumentu sprawiła, że wystąpił on śladowo i w postaci przetworzonej.

 

Każdy z kolejnych utworów/indeksów na płycie tworzony był innego dnia, co dodatkowo pozwoliło mi układać ten dźwiękowy kolaż w sposób nielinearny i zależny od tego, co w danym dniu we łbie mi zalegało. 

 

Jeśli zaś chodzi o proces produkcyjny, to do stworzenia wszelkich efektów przestrzennych używałem starych analogowych i nie do końca sprawnych procesorów. A jako główny problem realizacyjny postawiłem sobie zagadnienie jednoczesnej kompresji tego samego materiału dźwiękowego na różnych urządzeniach i ustawieniach oraz szukanie w ten sposób ciekawych dla mnie efektów brzmieniowych – była to swoista bitwa kompresorów. Dzięki temu udało mi się osiągnąć wiele nieprzewidzianych efektów.

Reasumując: 1) Cieszę się bardzo z Kopyt Zła! 2) Pora wyruszyć na kolejną wycieczkę! (a będzie nią miniopera białych murzynów, czyli kolejna płyta 11 – KONGO CREW).

***

AUTOR: Joanna SzumacherPaweł Cieślak
WYTWÓRNIA: Requiem Records
WYDANE: 4 marca 2016
INFORMACJE O ALBUMIE

 

Posłuchajcie urywków Kopyt Zła:

 

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: