Warning: A non-numeric value encountered in /home/klient.dhosting.pl/taurus/fyh.com.pl/public_html/wp-content/themes/15zine/library/core.php on line 4197

7. 7.5. 8.5 – takie oceny otrzymały opisane w nowym Improwizowanym środku tygodnia płyty. Wracamy do 2020 roku, jesteśmy też w 2021. Trzy naprawdę dobre wydawnictwa związane z Multikulti i Trybuną Muzyki Spontanicznej.

 


AUTOR: Ziv Taubenfeld’s Full Sun
TYTUŁ: Ziv Taubenfeld’s Full Sun
WYTWÓRNIA: Multikulti / Spontaneous Music Tribune Series
WYDANE: 10.10.2020


Septet Ziv Taubenfeld’s Full Sun w składzie: Michael Moore, Joost Buis, Luis Vicente, Shay Hazan, Bicolas Chientaroli, Onno Govaert i wspomniany Ziv Taubenfeld w akcji. Akcji może nie jakoś szczególnie ekspresyjnej, bo formacja nie tworzy iskier na scenie, muzyka nie bulgocze, nie kipi, nie jarzy się światłem improneonów. To solidne free improv w zwolnionym tempie, bardzo minimalistyczne, oparte na dialogu instrumentów. Muzycy, choć jest ich wielu, bo aż siedmiu, tworzą małe podgrupy, w których grają kompozycje Ziva Taubenfelda. Izraelski klarnecista mieszkający w Amsterdamie przygotował utwory skryte, nieinwazyjne, raczej oparte na granicy błędu niż na pełnych chaosu błędach zbudowane, jak czasem słychać w niektórych impromasywnych kolektywach, gdzie każdy z muzyków, dmąc, łamiąc, szarpiąc, waląc w instrumenty generuje improkipisz.

Tu tego nie ma. Są pełne tajemnicy, niemal eteryczne, zmuszające do skupienia, wysłuchania w ciszy kawałki. Powolna, z niekiedy przebłyskami muzycznej agresji, narracja, zamiast żywiołowego koncertu, przypomina raczej poimprezowe dogorywanie lub dźwiękową medytację, muzyczną kontemplację, kiedy każdy ton, akord mają być dogłębnie przemyślane. Stąd nie dziwią, momentami przerywane szaleństwem dęciaków („Tchicai”), improwizowane zapędy, ale w głównej mierze słyszymy wspólne, quasi-grupowe poszukiwania. „Orange Shoes”, które otwiera Ziv Taubenfeld’s Full Sun, jest tego idealnym przykładem. Skromna perkusja, trąbka, puzon i klarnet są pełne lamentu, saksofon, pianino, perkusja i kontrabas w drugiej części utworu niespiesznie prowadzą rozmowę. Dwie odsłony „Forest Weather” dopełniają się różnorodnością. „A” to przecieranie szlaków, docieranie się, sprawdzanie, co kto może, czego chce. Saksofon gęsto idzie w sonoryzm, rytm perkusji pojawia się jak od niechcenia, drone’owe szmery zakłócają powietrze, wszystko płynie swoim tempem. „B” to już ogień improwizacji w skali mikro – osiągamy wysokie rejony, czerpiemy przyjemność jak najmniejszym wydatkiem sił. To się sprawdza, to się udaje, bo pod osłoną kontemplacji, prześcieradłem spokoju, gdzieś tli się chęć wybuchu. Niezrealizowanego.

Zarejestrowany w amsterdamskim Bimhuis materiał jest po prostu bardzo dobry. Polecam.

NASZA OCENA: 7.5

 


AUTOR: Yedo Gibson and Paweł Doskocz with Andrew Lisle and Vasco Furtado
TYTUŁ: Live At Two Spontaneous Events 2018 and 2019
WYTWÓRNIA: Spontaneous Music Tribune
WYDANE: 25.01.2021


Wolna improwizacja na najwyższym poziomie. Dwie sesje koncertowe znalazły się na czwartej części cyklu Spontaneous Live Series Trybuny Muzyki Spontanicznej. Pierwsze trzy kawałki to zapis z Spontaneous Music Festivalu w 2018 roku. Właśnie wtedy na scenie poznańskiego Dragona wystąpili Brazylijczyk Yedo Gibson, Paweł Doskocz i Brytyjczyk Andrew Lisle. Skupmy się najpierw na jesiennym gigu. Saksofon Gibsona, gitara Pawła Doskocza i perkusja Lisle’a tworzą niesamowitą opowieść na trzy akty, na trzy instrumenty trzech muzyków z trzech różnych krajów. Yedo Gibson rozpoczyna „I” od rwanych cichym trybem tonów, gitara Doskocza początkowo oscyluje wokół niskich drone’ów na przesterze, a brytyjskie bębny Lisle’a czają się w tle, delikatnie wybijając tribalowy rytm. Całość najpierw ewoluuje w tantryczną, orientalną kompozycję (wirujący saksofon Gibsona, rozciągnięta gitara), by w okolicach rozpoczętej piątej minuty uderzyć z agresywną, rozbestwioną niczym chmara szerszeni ścianą hałasu. Świetna jest ta partia trwająca na wysokości szóstej minuty, to czysty improwizowany noise w jazzowym anturażu, spocony, mokry od śliny, z dymiącymi pałeczkami i iskrami buchającymi z pedalboardu. „II” zaczyna się od solówki Brazylijczyka, jakby strojenia, rozgrzewki, by stopniowo budować atmosferę, napięcie i spuścić z tonu w końcówce, siejąc wiatr i zbierając muzyczno-kakofoniczną burzę. W „III” należy przede wszystkim wymienić schizofreniczno-klaustrofobiczny motyw zaczynający się gdzieś około 3:08 i trwający do około 6:00. Potem trio przepływa przez mathrockowe rejony, by w końcówce znowu w pełni postawić na free improv.

Utwory 4-6 powstały w kwietniu 2019 roku, tym razem za zestawem perkusyjnym Andrew Lisle’a zastąpił Vasco Furtado. Muzycznie jest to bardzo zbliżony i styl, i poziom. Chaos goni chaos, minimalizm przeplata się z mocnymi uderzeniami, kiedy całe trio tworzy gęste, przepełnione jazzową magmą kompozycje, które swoim ciężarem wgniatają słuchaczy w ziemię („IV” od 9:25, kiedy saksofon schodzi w niskie rejony, gitara Pawła Doskocza nerwowo rzęzi, a Portugalczyk Furtado niespokojnie wybija rytm). W „V” słychać soczystą pracę u podstaw całej trójki muzyków, orbitowanie wokół granicy muzyczno-technicznego błędu, szybką pracę rąk i ust, dbałość o detale. A szóstka? „VI” wyjątkowo uderza z przytupem improwizowaną furią dźwięków, to klasa sama w sobie.

Nie oszukujmy się, chociaż muzycy grają tutaj kolektywnie, na pierwszy plan wysuwają się energiczne, nieokrzesane wręcz partie saksofonu Yedo Gibsona. Czy to zarzut? W żadnej mierze, to pokaz i potwierdzenie wirtuozerii Brazylijczyka, ale jednocześnie wyczuwalnej synergii tria – w każdym z obu wydań, jakby wszyscy znali się i współpracowali na scenie od dawien dawna.

NASZA OCENA: 7


AUTOR: Bastarda
TYTUŁ: Nigunim
WYTWÓRNIA: Multikulti
WYDANE: 29.02.2020


Kolejna przygoda z triem Bastarda, wracamy jeszcze do ubiegłorocznej premiery, bo już tuż, tuż Tym razem po żydowsku, bo tematem przewodnim Nigunim są… niguny. To ciekawe, chociażby z tego względu, że niguny to pieśni nucone, modlitwy żydowskie. To nie jest lekki materiał, ale nikt nie powiedział, że niguny będą zwiewne i uśmiechnięte. Jasne, w szabasowe wieczory chasydzi w XX-wiecznych sztetlach z pewnością niguny wykonywali radosne, przepełnione miłością do Adonaja, modlitewne pieśni. Wykonywali też pieśni wprawiające w medytację, spokojne. Z których płynął trans.

Niguny to nic innego jak żydowskie nicone pieśni, oparte na melodiach umuzycznione momenty szabasu. Tradycja nigunów wzięła się z tradycji judaistycznej, kiedy podczas kolacji szabatowej obowiązuje zakaz mówienia między umyciem rąk a podzieleniem się chałką. Niguny to prostota, to grupowy śpiew (choć indywidualizm nie będzie czymś wyjątkowym). To melodie radosne, to melodie pełne mistycyzmu, tajemniczości.

Można pokusić się o stwierdzenie, że co region Polski, tak inne niguny. Inne były na centralnym Mazowszu, inne w Krakowie, jeszcze inne na Podolu. A jak jest na Nigunim Bastardy?

Paweł Szamburski przez dłuższy czas studiował zbiory Moshe Beregovskiego, pochodzącego z Ukrainy etnomuzykologa, folklorysty, kolekcjonera (przez blisko czterdzieści lat) żydowskiej muzyki ludowej. Nigunim to Bastarda w chasydzko-improwizowanej odsłonie najwyższych lotów. Łącząc dwa klarnety, zwykły Szamburskiego i kontrabasowy Michała Górczyńskiego, z wiolonczelą Tomasza Pokrzewińskiego trio stworzyło melodie oddające klimat typowego sztetla. Transowe, bujające melodie, ciasne uliczki pełne kupieckich krzyków, piątkowy przedpołudniowy rozgardiasz i popołudniowe (wieczorne) świętowanie, celebrowanie szabatu w domowym zaciszu z rodziną lub na dworze lokalnego cadyka. To wszystko tutaj jest.

Muzyka żydowska jest silnie naznaczona tożsamością, wyjątkową, przyciągającą „nieznanym” obcych, gojów, osoby spoza diaspory, wspólnoty, kręgów kulturowych. Jest nie do podrobienia, nie do pomylenia. Słuchając Nigunim, tę muzykę czuje się całym sobą. Wykonanie Bastardy, bo płyta stanowi zapis koncertu w ramach Festiwalu Muzyka Wiary – Muzyka Pokoju, jest po prostu świetne. Słabe momenty? Brak, jest idealnie, z zachowaniem wszelkich zdrowych proporcji. Posłuchajcie „Achar” i „Amaver” z tym bliskowschodnim motywem Szamburskiego na klarnecie (znakomita ścieżka dźwiękowa do zwiedzania Tel Awiwu upalnym wieczorem), ależ instrument wiruje, świdruje czaszkę. Posłuchajcie otwierającego płytę „Emes” z głębokim solo Pokrzewińskiego na wiolonczeli, najbardziej zbliżonym do Ars moriendiPromitat eterno i ich renesansowo-pogrzebowego charakteru, a „Modzitzer” wypełnione jest po brzegi lamentem za minionymi latami świetności, a jeśli nie świetności, to z całą pewnością bliskości, co potęguje jeszcze wspólny śpiew trojga muzyków).

Wydawać się może, że o płytach, które swoje premiery miały grubo ponad rok temu, nie jest warto pisać. Ale to błąd, bo Nigunim są takim albumem, który każda pisząca osoba powinna mieć w swoim kajecie, każda osoba interesująca się kulturą i sztuką żydowską albo do niej nawiązującą powinna przesłuchać i mieć na półce, a każdy artysta (lub artystka) mieć w dorobku. No i zbliża się wielkimi krokami, bo już 4 maja, dzień wydawniczy nowej pozycji Bastardy. Tym razem z żyjącym od dekady w Polsce Portugalczykiem João de Sousą.

NASZA OCENA: 8.5

NASZA SKALA OCEN

A JAK OCENIAMY?
7.6FYHOWA OCENA (ŚREDNIA)

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: