Warning: A non-numeric value encountered in /home/klient.dhosting.pl/taurus/fyh.com.pl/public_html/wp-content/themes/15zine/library/core.php on line 4197

Kumulacja to dział, w którym nadrabiamy zaległości wydawnicze. Tym razem sprawdzamy, co w ostatnim czasie działo się w gdańskim Zoharum.

A działo i nadal dzieje się całkiem sporo. Kumulacja #49 to recenzje płyt Synta [XE] rror (DOT), The Stargazer’s Assistant (Mirrors & Tides, Shivers & Voids), Moana (Isolate | Desolate | Mutate), Michała Jabłońskiego (Humanity) i Krzywd (Czary).


AUTOR: Synta [XE] rror
TYTUŁ: DOT
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 29.01.2021


Synta [Xe] Rror wracają z nowym wydawnictwem. Po, uwaga, ponad dekadzie wrocławski duet połączył siły i wypuścił album wdzięcznie nazwany DOT. Czy tytułowa kropka jest zakończeniem (finalnym) ich działań?

Szczerze, nigdy wcześniej nie słyszałem duetu. Nagrali dwie płyty w latach dwutysięcznych (pierwsza dekada) zanurzone w IDM, DOT brzmi, jakbyśmy wszyscy przenieśli się do przeszłości. To oparte na długich brzmieniach syntezatorów, poszatkowanej rytmice, samplach, digitalowym groovie kawałki. Retroelektronika spod znaku Autechre czy jeszcze starszego Faihless, położenie nacisku na techniczne brzmienie, industrialne spogłosowanie tracków, repetycje, ambientowa pustka w otwierającym płytę „Last call” wrzucona w pełen bólu syntezatorowy pisk stopniowo budują napięcie, które nagle zostaje przerwane zwolnieniem obrotów, telefoniczno-połączeniowymi samplami, cyberbitem i przejściem w IDM-owe pocięcie, jak gdyby w tle leciał jakiś niemal archaiczny kawałek Aphex Twin.

DOT słucha się przyjemnie, ale to taka niezobowiązująca płyta, album przelatujący w tle, który momentami przyciągnie uwagę, ale… przeleci raczej, zostawiajac słuchacza obok. Są momenty, jak otwierające już opisane wyżej „Last call”, laserowe strzały w „A wakeful city”, industrialno-progresywne techno w „Chemical instability” czy poszatkowana cyberodyseja „Going insane”, która mogłaby służyć za jakiś motyw muzyczny w takim Czwartym pasażerze na Netflixie czy innym katastro-sci-fi filmie współczesnym. Ale najlepiej chyba wypada „Personal identity”, spokojna ballada, która oscyluje wokół chillwave’owych zapętleń Washed Out skrzyżowanych z jakimiś nagraniami Oneohtrix Point Never. To, niestety, ostatni utwór na DOT, najciekawszy, a gdy płyta SYNTA [XE] RROR przemija, zostaje niedosyt.

NASZA OCENA: 5


AUTOR: The Stargazer’s Assistant 
TYTUŁ: Mirrors & Tides, Shivers & Voids
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 9.12.2019


Reedycja winyla z 2013 roku to bardzo dobry strzał w katalogu Zoharum. Maciej Mehring przyzwyczaił do solidnego doboru artystów w swoim gdańskim wydawnictwie, niezależnie, czy chodzi o świeżynki, czy odgrzewanie materiałów starych wyjadaczy. Tym razem The Stargazer’s Assistant, czyli dziś trio David J Smith, David J. Knight i Michael J. York, w przeszłości (i na tej płycie) solowy projekt Smitha, który nagrał samodzielnie większość partii instrumentalnych, oczywiście muzyka wsparło kilka osób, w tym Mika Rättö na wokalu, ale o Mirrors & Tides, Shivers & Voids należy mówić jako o solowym wydawnictwie.

A jaki to album! Liryczny, o dużej dozie eteryczności, zbudowany na plemiennych aranżacjach, z elementami world music, folkowymi zaśpiewami zanurzonymi w senną chmurkę wrażliwości („Coral Butterfly” na wysokości wejścia śpiewów Miki Rättö), mroczny, momentami w swoim brzmieniu idący w stronę muzyki liturgicznej z czarnej mszy. Uczucie to potęgują rozciągnięte, pełne żalu klawisze i zapętlony, pełen niedopowiedzeń motyw na gitarze. Powolne tempo kompozycji wplata się idealnie w ten horrorowo-nostalgiczny nastrój. Ciekawie brzmią łańcuchy w otwarciu „Secret Kingdom of the Swift”, które przechodzą w doom drone’ową suitę, która następnie zmienia się w tribalową, pełną kakofonii odyseję. To bodaj najlepszy kawałek na całej płycie, świetnie wyważony, z dobrze zakreśloną linią syntezatorów, odpowiednią dynamiką, chwytający za głowę i ze swoistą, bardzo delikatną końcówką. „Night Soil” to typowy utwór nocy, do słuchania w całkowitej ciemności, do chłonięcia tej tantrycznej atmosfery, wplecionych sampli śpiewu ptaków, nokturnowości bijącej z każdej sekundy nagrania. Powolna jazda na emocjach, drążąca dziurę w myślach swoim głębokim i ponurym groove’em. Jakże odmienne są ostatnie na liście „Shivers & Voids” i „The Dream Kingdom”. Pierwszy odmienny od „Night Soil”, leżący bardzo blisko „Coral Butterfly”, a „The Dream Kingdom” znowu zanuża się w ciemne rejony bazujące na marszowej rytmice i rozciągniętych synthach i długim gitarowym ambientowym pasażu. Wcześniej, w „Shivers & Voids” narrację prowadzi folkowo-orientalny śpiew, w tle kołaczą się gitara akustyczna i puszczony na wszystko pogłos i grzechotka. Kompozycja to śliczna i bardzo kojąca zmysły. Zresztą jak całe wydawnictwo.

NASZA OCENA: 7


AUTOR: Moan
TYTUŁ: Isolate | Desolate | Mutate
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 5.06.2020


Klasyka polskiego industrialu w dwudziestolecie wydania pierwszej wersji Isolate i… w małej rocznicy również samego Zoharum. Reedycja Isolate i Desolate, a także dodatkowy album remiksowy Mutate nosi numer 200 w katalogu wytwórni.

Moan, projekt Rafała Sądeja, na scenie działa od lat dziewięćdziesiątych. Przez ten czas producent zdołał zrealizować sporą liczbę nagrań, zresztą wystarczy zajrzeć na jego stronę. Na FYH opisywaliśmy już Collaboration 1Dedicated to Luigi Rusollo, wspólne wydawnictwa Moana z Genetic Transmission. Również reedycje, sięgające lat 1999 i 2004.

Żeby mówić o tym albumie, tych trzech, zmieszczonych na dwóch krążkach płytach, rozbijmy je najpierw czysto technicznie. Isolate to reedycja wydawnictwa z 2000 roku. Desolate zawiera materiał z wydanej rok później epki zawierającej trzy niepublikowane wcześniej kawałki. Mutate to z kolei najnowsze dziecko Sądeja, choc nie tylko, bo to tak naprawdę cedek z remiksami i pracami interpretującymi nagrane przez Moana utwory. Co ciekawe, te tracki powstawały w latach 2003-2006, ale rok 2020 przyniósł ich pierwsze pełnoprawne wydanie. A kogo słyszymy na Mutate? O tym zaraz.

Pierwszy album, Isolate, stanowi mocną depresję dźwiękową na elektronikę, być może syntezatory, na pewno efekty, prawdopodobnie również Sądej wykorzystał też obiekty (generujące metaliczne brzmienie perkusji, odgłosy uderzeń czy pisków). Tempo nagrań toczy się własnym życiem, to głębokie drone’owe partie zanurzone w odmętach pogłosu, niczym ze znajdującej się hen głęboko na dnie łodzi podwodnej, zapomnianej przez świat i ludzi („Void”), gdzie czas tylko przypomina o toczącym się w niej wcześniej życiu. Burzliwą aurę potęgują takie rozwleczone i ciężkie kolosy jak „Quiescence” (pytanie, czy tam w tle pojawiają się sample wokalne, mrożące krew w żyłach? Czy to może jakiś efekt narzucony na warstwę melodyczną?) czy jeden długi, rozciągnięty w przestrzeni drone, jak w „Endymion”. Wyrwą ożywienia na trackliście będzie „Work report #356” – to tutaj w końcu pojawia się odpowiednia dynamika, rosną ściany hałasu, cyfrowy harsh napina mięśnie twarzy w momencie największego skupienia.

Desolate jakby kontynuuje drogę obraną zarówno w „Work report #356”, jak i w, momentami, „(…)”. Moan na swoim minialbumie poszedł w stronę większego noise’u, nadal utrzymanego w industrialno-darkambientowej scenerii, ale słychać w tych trzech utworach większe wyzwolenie, siła przebicia jest bardziej wyczuwalna. Co najlepiej oddaje dzika, cyfrowa techniawa „Absorption”.

Na płycie z remiksami znalazły się wersje Dead Factory, Maćka Szymczuka, Genetic Transmission, Job Karma, Synta [XE] rror, C.H. District czy Blare For A. Warto skupić się na minimalistycznych, technicznych wykonaniach Szymczuka. Jego „Endymion” to zupełnie inna odsłona utworu Moana (zarówno jeśli chodzi o kawałek z podtytułem „Endymion’s dream”, jak i ten pełnoprawny remiks, idący momentami w progresywne techno). Joanna & Another One nagrali „Quiescence” i brzmi to jak zupełnie inny kawałek. Dziki, orientalno-folkowy feeling w duchu „wee” kojarzy się raczej z szamańskimi zaśpiewami unplugged. Z kolei Blare For A dostarczył cyber-rave’ową odsłonę „When dream doesn’t come…” i znowu można pisać o progresie w podejściu do działania, w stosunku do nużącego wykonania Job Karmy.

NASZA OCENA: 5.5


AUTOR: Michał Jabłoński
TYTUŁ: Humanity
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 23.10.2020


Drugi solowy album Michała Jabłońskiego, drugi nagrany i wydany w 2020 roku. Drugi ambientowy, zahaczający o inne stylistyki, bliskie producentowi, ale o tym za chwilę.

Pierwszym, wypuszczonym pod koniec maja przez niemiecką oficynę Intimate Silence, było Dark Matter. Nie minęło pół roku i słyszeliśmy Humanity. Michał Jabłoński na ogół kojarzony jest z graniem na żywo, live actami podczas imprez techno lub elektroniki do niego zbliżonej. Na Humanity, albumie, który Jabłoński stworzył podczas ubiegłorocznego lockdownu słyszymy, że czas odosobnienia wykorzystał słusznie. Raz, że opuścił miasto i udał się na wieś (gdzie, nie wiadomo, zawsze pojawia się sławna „wieś”), dwa, że zaczął udzielać lekcji obsługi Abletona. Trzy, że Humanity to płyta, którą producent nawiązuje zarówno do swojej odsłony „na żywo”, ambientu, z którego wychodził, a także muzyki filmowej, którą jest zafascynowany. Bo Humanity ma filmowy feeling, bez dwóch zdań. Muzyka zawarta na wydanej przez Zoharum płycie jest niesamowicie plastyczna, wizyjna, niejako landscape’owa, generująca w oczach przeróżnej maści obrazy i sytuacje. To dobrze.

Humanity jest albumem-hybrydą. Jabłoński, oscylując wokół ambientu i melodii delikatnych, stworzył wydawnictwo szalenie różnorodne, z którego weźmiemy i rave’owe zamiłowania, fascynację muzyką etniczną pełną tribalowej rytmiki i bliskowschodnich melodii, techniczne bity i filmowe budowanie napięcia. Świetnie wypadają dwa kawałki z udziałem D I D. D I D to Hanna Piosik, którą słyszymy w „Sun” (dziki, twardy śpiew na tle nerwowej, pulsującej rytmiki, kojarzy się z przedzieraniem przez amazońską dżunglę lub, co też mogłoby się sprawdzić, ścieżkę dźwiękową do niektórych scen z When Heroes Fly) i „Earth” (tutaj wokal przybiera formę powidoków dźwiękowych). Mocą przywala „Earth – Last days”, w którym Jabłoński rzetelnie buduje narrację, delikatne syntezatory co i raz przeplatają masywne uderzenia bitmaszyny i rozciągnięte u podłoża basowe drony wzbudzające niepokój. Dla kontrastu „No time” to pełnoprawny dryf na ambientowej zorzy polarnej, spokojny, kojący track, który, co ciekawe, można odbierać jako ciszę przed burzą, a dokładniej postapokaliptycznym, industrialno-rave’owym „Atmosphere”, chyba najlepszym na całej płycie. Dużo napięcia, skumulowania frustracją zamknięcia w domu w czasach lockdownu? Niepewnością artystyczną?

NASZA OCENA: 7


AUTOR: Krzywdy
TYTUŁ: Czary
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 29.06.2020


Kamienne kręgi na polanie, ślady stóp, zgliszcza palenisk, totemy pozostawione same sobie, skrywające najdawniejsze tajemnice nordyckich ludów. Leśne runo, wyryte na drzewach znaki wikingów. Baśnie, legendy, historie. Jednym zdaniem: Czary projektu Krzywdy.

Norwegia jest dziś modna. Szwecja jest dziś modna. Islandia, Finlandia, Dania. Wyspy Owcze może trochę mniej, ale też znajdą się miłośnicy. Seriale, książki, przeważnie kryminały, jak książki, to również reportaże (byle nie Szczęśliwy jak łosoś Anny Kurek – szmira i nieporozumienie). Jak filmy, to raczej kino ambitne. Kraje nordyckie mają również bogate wierzenia, ich mitologia jest ciekawa, barwna, wciągająca, baśniowa. Pełna bohaterstwa i lęku. Krwi, strachu, ofiar, podbojów.

Taką rzeczywistość kreuje na swojej płycie Mateusz Szymański, głównodowodzący projektem Krzywdy. Skandynawskie, nordyckie motywy i melodie mieszają się z avantfolkowym podejściem w ujęciu depresyjnym, wypełnionym tajemnicą. Melodie Krzywdy są powolne, wrzucone w wir pogłosu, jakby nagrywane nad fjordami. Szeroko rozpościerające się w utworach echo, spokojne zawodzenie akustycznej gitary, niemal szamańskie śpiewy, momentami trudne do wychwycenia, ale gdy się dobrze wsłuchać, język polski staje się czytelny (no OK., może nie czytelny, ale wyłapywalny). Nie kupuję estetyki Ols w jej pełnoprawnym projekcie, ale wokal na Czarach dodaje płycie kolorytu. Czy tu punkty wybijające się ponad całość? Może „Ragnarok”, apokaliptyczny, mroczny kawałek z puszczonym gitarowym dronem na przesterze i tribalową, stanowczą perkusją? A może tantryczne, o plemiennym brzmieniu „Ginnungagap”, z wyczuwalną melancholią w warstwie muzycznej?

NASZA OCENA: 6

NASZA SKALA OCEN

A JAK OCENIAMY?
6.1FYHOWA OCENA (ŚREDNIA)

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: