Robina Storeya w Zoharum płyta kolejna. Kolejna zresztą reedycja. Tym razem brytyjski producent i polska oficyna postawili na album z 2004 roku. A 13 lat temu Rapoon grał zupełnie inną muzykę niż obecnie.


AUTOR: Rapoon
TYTUŁ: My Life As A Ghost
WYTWÓRNIA: Zoharum, Klanggalerie
WYDANE: 27 kwietnia 2017 / sierpień 2004


Rapoon w branży muzycznej działa nieprzerwanie od wczesnych lat osiemdziesiątych, kiedy jeszcze pod szyldem Zoviet France wydawał z kumplami debiutancki album :Garista:. Na pierwsze solowe wydawnictwa trzeba było czekać równą dekadę, bo właśnie wtedy ukazywała się płyta Dream Circle. 1982 rok. 1992 rok. Szmat czasu. Przy pierwszym jeszcze mnie na świecie nie było, przy drugim – cóż – gramofon służył mi do słuchania bajek i słuchowisk, o muzyce wiedziałem tyle, co Legia o wygrywaniu Superpucharu.

I przez te wszystkie lata Robin Storey nagrywał i wydawał. Wydawał i nagrywał, ewoluując stale. Dziś Rapoon to niemal synonim tribalowego ambientu. Melodii przestronnych, zawieszonych w czasie i przestrzeni, z bardzo mocno zaakcentowaną plemienną rytmiką. Chociaż, jak pokazuje tegoroczny Un Flic, Brytyjczykowi cały czas blisko do ciężkich industriali, jak i okołoimprowizowanych (w jazzowym znaczeniu) kompozycji. Co jest jednak już tradycją, przynajmniej na polskim poletku, Storeya w Zoharum słuchamy raczej w starszych wersjach.

Tak było już wiele razy, bo trójmiejski magazyn pomieścił już kilka kompilacji, reedycję The Kirghiz Light (ubiegły rok),  Vernal Crossing, choć nie zabrakło nowości, jak Blue Days, Machine River nagrane z Promute’em czy chociażby/w końcu Time-Loop Anomalies. Tych wydawnictw było oczywiście więcej, a Zoharum powoli celuje (chyba) we wznowienie większości albumów Brytyjczyka. Fajnie. Naprawdę miło.

Miło się też przede wszystkim wraca pamięcią do tych utworów, które ukazywały się lata temu. Tak było z pochodzącym z 1995 roku The Kirghiz Light, które pierwotnie wydało Staalplaat, tak jest i z My Life As A Ghost, trochę już starszym, bo z 2004 roku (Klanggalerie z Wiednia). Co ciekawe, Zoharum wypuściło też Rhiz, które premierę świętowało w 2002 roku, ale o tym innym razem.

Jeśli ktoś przegapił pierwotną wersją My Life As A Ghost lub poznał Rapoona kilka lat temu, z pewnością może czuć zdziwienie. W końcu brytyjski producent kojarzyć się mógł raczej z ambientami, drone’owymi szumami, zgrzytami, afrykańską rytmiką itp., itd. Ale Storey wydawał też płyty bardziej taneczne, żeby wspomnieć tylko o Cold War: Drum ‚N’ Bass czy Navigating By Colour. Tak też było w przypadku nieopisywanego dziś Rhiz, tak było i jest na My Life As A Ghost.

Reedycja to dwie płyty, jedna regulaminowa, z materiałem pochodzącym z 2004 roku, druga – cóż, też z tego samego roku, ale z utworami, które nie zostały wówczas wydane, a które powstały podczas prac nad albumem. I słuchając My Life As A Ghost ma się przed oczami dziką Anglię lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Breakbeatowe imprezy, kadry z Human Traffic Trainspotting. „Adrift”, „Terrain Sounds” czy „Tell Charlene” to rave pełną gębą, przy czym ten ostatni wymieniony i jednocześnie zamykający pierwszą płytę utwór to także zamiłowania Storeya do rytmicznego i narkotycznego techno. Materiał z gracją wpada w ucho, przywołując piękne czasy wyspiarskiej elektroniki, raz dzikiej, raz minimalistycznej. Co ważne, Rapoon zgrabnie miesza gatunki, bo obok naspeedowanych kawałków Brytyjczyk serwuje też w pełni techniczne nagrania („Neyyatt”) lub melodie dla siebie wręcz typowe („I Think I Was Happy”).

Perłą jest natomiast cedek numer dwa, na którym Robin Storey i Zoharum umieścili i remiksy utworów z regulaminowego My Life As A Ghost, i kawałki pamiętające sesję nagraniową w 2004 roku. Zabawa z tempem, zabawa z rytmem, w końcu zabawa też z samplami wokalnymi, których na dwupłytówce jest bardzo dużo. I fajnie, i miło, że można sobie wrócić pamięcią do staroci, które jak stare nie brzmią. Jest ciekawie, momentami bardziej, momentami – wiadomo – mniej, ale cały czas na poziomie. Ciekawe, co gdańska oficyna odkurzy następnym razem?

NASZA SKALA OCEN (K L I K!)

 

A JAK OCENIAMY?
Rave. Rapoonowe kawałki lata temu kipiały od dzikości, energii i rave'u. Szkoda, że dziś Brytyjczyk nieco spuścił z tonu.
Czas. Jeśli dwie płyty trwają blisko 140 minut, trzeba szykować album na wakacje, bo dobre zapoznanie się z materiałem może zająć prawie cały urlop.
7FYHOWA OCENA

Komentarze

komentarze