Maciek Szymczuk i jego Light of the Dreams? Zebrane, czasem chore, czasem zwyczajnie zwyczajne sny katowickiego producenta stanowią gratkę dla eksplorerów nocy i sennych zwidów.


AUTOR: Maciek Szymczuk
TYTUŁ: Light of the Dreams
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 27 lutego 2017


Maciek Szymczuk znowu w formie. Katowickiego producenta ostatnio mogliśmy usłyszeć na płycie ZIIIIIING!, czyli ostatnim albumie Another One, duetu tworzonego z Kubą Łuką. A wcześniej? Wcześniej było Music For Cassandra, również wydane przez Zoharum. Zresztą z gdańską oficyną muzyk związany jest nieprzetrwanie od 2011 roku, bo właśnie wtedy ukazał się jego pierwszy dla Zoharum album długogrający, Ways. I tak naprawdę to Szymczuk z pewnego poziomu jeszcze nie zszedł.

Ale do sedna. Light of the Dreams. Osiem indeksów, każdy stanowiący oddzielny rozdział. I jednocześnie będące kolejnym rozdziałem w twórczości Szymczuka. Pamiętamy Music For Cassandra, płytę z 2015 roku? Właśnie, na tamtym wydawnictwie Maciek Szymczuk samotnie przemierzał galaktykę. Smutne ambientowe dryfy, powolne tempo współgrające z niemal mistyczną melodyką.

Tym razem jest inaczej. Szymczuk postawił na dwutorowość nagrań, na wstęp i rozwinięcie, muskając swoje kompozycje także zakończeniami, które raczej pełnią formę wyciszenia rozwinięcia. Te sławetne wstępy to najczęściej przecieranie szlaków, łagodne, delikatne wręcz wprowadzanie słuchaczy w kosmiczne opowieści stonowanymi partiami ambientowych pasaży. Idealnym wręcz przykładem niech będzie otwierający album „Chapter 1. Escape from Reality and Ener the World of Dreams”. Długie melodie, lekkie, przemykające klawisze, ulatujące ciała astralne. A po nich klasyczne rave’owe odniesienia – hipnotyzująca rytmika, taneczne klawisze w kosmicznym odniesieniu.

„Chapter 3. Dream of a Wave and Rock” to z kolei etno-industrial. Ciężkie melodie owiane dużą ilością pogłosów i poniewierającymi nerwy słuchaczy syntezatorami. W kontrze do trzeciego rozdziału jest indeks numer cztery. Bliski Wschód u Szymczuka przejawia się nie tylko w tytule („Chapter 4. Dream of an Arab Omelette”), ale w samej linii melodycznej. Dzikie natężenie dźwięków przywodzi skojarzenia z zatłoczonym Teheranem, ulicznym gwarem i tańczącymi z kosza wężami. Tym ciekawiej na tym tle wypada chociażby stoickie, zanurzone w całości w delikatnych odmętach ambientu „Chapter 7. Dream of a Small Watermelon”, gdzie dzieje się – w porównaniu z poprzednikami – tyle, co w noc spadających gwiazd gdzieś w mazurskiej głuszy. Ciemno, cicho i tylko sporadycznie pojawi się smuga na niebie.

Maciek Szymczuk pokazał prawdziwy rozrzut swoich muzycznych zainteresowań. Jego najnowsza płyta, Light of the Dreams, mogłaby na okładce przyciągać wzrok dreamcatcherem z Harry’ego Pottera i także byłoby to trafne przekazanie nastroju wydawnictwa. Zebrane, czasem chore, czasem zwyczajnie zwyczajne sny katowickiego producenta stanowią gratkę dla eksplorerów nocy i sennych zwidów.

NASZA SKALA OCEN (K L I K!)

A JAK OCENIAMY?
7FYHOWA OCENA

Komentarze

komentarze