Kumulacja numer 41 to wymieszanie ładnych (w większości) płyt z 2017 roku i kilka z 2018. To totalny misz-masz, bez ładu i składu. Ale polecamy, bo nawet tym starszym albumom należy dać szansę.

 

Pamiętajcie o: NASZEJ SKALI OCEN


AUTOR: Różni wykonawcy
TYTUŁ: Pępek Świata (Navel of the World)
WYTWÓRNIA: Fundacja Kaisera Söze
WYDANE: 6 października 2017


Może to kogoś dziwić, ale w ubiegłym roku Lublinowi stuknęło 700 lat. Z tej okazji Fundacja Kaisera Söze, korzystając z miejskiego grantu, postanowiła złożyć miastu dźwiękowo- literacki hołd. Pępek świata – książka i płyta poświęcona ważnym dla Lublina osobom. Zaproszono Krzysztofa Topolskiego, Kamila Szuszkiewicza, Antoninę Nowacką, Marcina Dymitera czy Patryka Zakrockiego, więc album już samymi nazwiskami powinien się bronić. Robi to, Pępek Świata to kawał dobrej muzyki. Oraz książka, barwna i interesująca.

Bo któż zna historie Jakuba Izaaka Horowica, znanego także jako Widzący z Lublina? A któż słyszał o Janie Gilasie, który ratował lubelski ratusz podczas bombardowania, sam oddając życie? Czy wiecie, że w 1931 roku Lublin nawiedziło diabelskie, śmiercionośne tornado? Cóż, Pępek Świata uczy historii Lublina, tak jak uczy też historii Polski. Na swój, dźwiękowy sposób. Świetnie na przykład wypada narracja muzyczna Krzysztofa Topolskiego do „Widzącego”. Tribalowe bębny, perkusyjne przeszkadzajki, rytm, trans oddają tę bliskowschodnią aurę Lublina. Trąbkowo-mistyczny „Pierścionek Janiny (Bombą trafieni w stallach)” podkręca skupienie słuchaczy, to melancholijnymi partiami dęciaka, to metalicznymi dźwiękami wybrzmiewającymi w tle. W tych opowieściach jest metoda, jest spora dawka historii, ogromna ilość dobrej muzyki. Ba, jest to też swoiste przełożenie muzyki na kulturę. Bo pamiętne miasto Lublin było miastem wielokulturowym, tak sam album Pępek świata jest wydawnictwem wielogatunkowym.

NASZA OCENA: 7.5




AUTOR: KakofoNIKT
TYTUŁ: Snu Maszyna
WYTWÓRNIA: Requiem Records
WYDANE: 22 grudnia 2017


KakofoNIKTowi stuknęła dekada, no, już dwa lata temu, a z tej okazji Requiem postanowiło wydać nowy album tria Michał Joniec/Patryk Lichota/Hubert Wińczyk. Bazując na wielogodzinnych koncertach wypełnionych transowymi, rozciągniętymi w czasie i przestrzeni ambientowymi kompozycjami, gdzie trio za punkt honoru obrało sobie zgubienie uwagi słuchaczy. Tak, Snu Maszyna, choć dobra, to z całą pewnością płyta za długa.

Za długa i momentami zbyt monotonna, ale o to nie trudno, gdy na sześć utworów aż pięć przekracza 10 minut trwania. W pewnym momencie takie rozwiązanie musi się rozmywać. Trio gra, tworzy swoje ambientowo-drone’owe kolaże z elementami muzyki konkretnej, dokładnie gdy Michał Joniec sięga po metalowe obiekty. Najlepiej wypada „Wizyta Zmory”, utwór bardzo niepokojący, momentami dźwiękowo horrorowy, natomiast pozostaje lekki niedosyt w warstwie noise’owej. Wiem, wiem, nie taki był cel płyty, ale nawet tych skrawków, poukrywanych między poszczególnymi sekundami, jest tutaj niestety za mało.

Słuchałem kilka razy Snu Maszyny tak o, przy komputerze, kilka razy podczas życiówek. Ostatnio puściłem płytę do snu, tak by się przekonać, czy dodawana w gratisie maska do spania to nie podpucha. Nie, nie jest, sprawdza się bardzo dobrze.

NASZA OCENA: 6.5




AUTOR: Rapoon
TYTUŁ: Airstrikes
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 1 grudnia 2017


Szanuję twórczość Rapoona, lubię może nie wszystkie, ale sporo jego płyt, natomiast wydaje mi się, że Brytyjczyk zagubił się gdzieś w ostatnim czasie. W samym 2017 roku wypuścił sześć albumów, w 2016 dorzucił do swojej pokaźnej dyskografii osiem. I o ile Robinowi Storeyowi wydawanie 3-4 płyt w jednym roku wychodziło, nawet dosyć porządnie, to pójście w ilość, nawet jeśli nieświadomie, nie przełożyło się w jakość.

Pewnie ten materiał rozrzucony na sześć pozycji z 2017 roku można by było zebrać w jedną kupę i wyselekcjonować z dwie, może trzy płyty długogrające. Wyszło tyle, że każde z wydawnictw jest najnormalniej w świecie średnie (no, poza Un Flic). Airstrikes? To niezły album, przydługi momentami i fragmentarycznie brzmiący, niestety, jakby Storeyowi zabrakło pomysłów lub też bawił się sprzętem przed rzeczywistym rozpoczęciem nagrywania.

Airstrikes to płyta hybryda, wydawnictwo skupione na tematykę militarystyczną, brzmieniowo usytuowane mniej więcej między berlińskimi klubami z imprezami techno, brytyjskim kwasowym rave’em, tribalową rytmiką z mrocznych rejonów Afryki i bliskowschodnią akustyką. Istna geopolityka, koncept tyleż z miejsca interesujący, co w rzeczywistości niespójny, bo koło mocnych kawałków, jak „Airstrikes (Disaster… Fake News)”, „We Pray For Rain” czy „We Watch In Wonder”, otrzymujemy gorsze, nużące „Whisper In the Suk” lub „Drones”.

NASZA OCENA: 5.5




AUTOR: Jarl
TYTUŁ: Negative Rotation / Intensive Fracture
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 19 września 2017


Reedycji w Zoharum ciąg dalszy. Tym razem ze szwedzkiego podwórka, bo z unikalnymi, pochodzącymi z 2001 i 2004 roku utworami (OK., są bonusy pochodzące nawet z 2012 i 2014 roku). Chodzi o Negative RotationIntensive Fracture Erika Jarla, dwa albumy wydane odpowiednio w 2007 i 2005 roku. Na pierwszym Szwed prezentuje ugładzone, usystematyzowane, wykreślone jak od cyrkla, ołówka i linijki kompozycje, czasami tak statyczne, że jakby tylko wiatr lekko zawiał. Na drugą płytę Jarl przygotował materiał podobno improwizowany, zresztą w kilku recenzjach piszący poruszali kwestię zbyt dzikich dla nich i nazbyt improwizowanych kompozycji. Dziwne. A dziwne, bo Intensive Fracture w każdej ze swoich części brzmi mocno, kakofonicznie i agresywnie. Harsh noise’owa ściana dźwięku przebija się przez rozkręcony pogłos, a całe Intensive Fracture brzmi jak mocna i niespodziewana burza, która po gwałtownym uderzeniu utrzymuje się przez cały wieczór.

I właśnie Intensive Fracture przykuwa uwagę w większym stopniu, bo stoickie, zagrane w głównej mierze na reverbie Negative Rotation jednak gdzieś się gubi. Są momenty, nie piszę, że nie, bo chociaż ze względu na Części 8, 9 i 10.

NASZA OCENA: 6.5 (x2)




AUTOR: Günter Schlienz
TYTUŁ: Books of Dreams
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 14 lipca 2017


Zawsze pisząc o bardzo dobrych płytach „lata po fakcie”, mam cholerne wyrzuty sumienia, że albo nie było czasu wcześniej się takim albumem zająć, albo przekładało się jego opisanie na później. Tym większy czuję do siebie żal, gdy wiem, jak brzmi Books of Dreams. A brzmi rewelacyjnie, kojąco, z jednej strony wyciszająco i, jak to sam tytuł wydawnictwa zdradza, sennie, z drugiej zaś niesamowicie wciągająco i na swój sposób dynamicznie. Poniekąd niebezpiecznie. Tę nocną opowieść podbijają zdecydowane zdezelowane motywy rozciągniętych, rozklekotanych taśm, jak w „Awaken” (ten utwór zresztą ma dość symboliczne znaczenie. Płyta w końcu opowiada o snach, będąc ich swoistym zbiorem. A „Awaken” to wyrwanie z tej naprawdę ładnej i barwnej historii, podkreślone niestety ogromną łopatą pod postacią budzika), lub jak w cybernetyczno-niespokojnym „Mushrooming”. A poza tymi kawałkami Gunter Schlienz stawia na dryfujące niczym Odyseusz ambientowe kry. Takie przełożone na senne obrazy kompozycje, które, gdyby jednak były obrazami, Niemiec namalowałby je pastelowymi kolorami. Takie ciepłe, miłe, uspokajacze.

NASZA OCENA: 7.5




AUTOR: Sleep Party People
TYTUŁ: Lingering
WYTWÓRNIA: Joyful Noise
WYDANE: 2 czerwca 2017


Duński projekt znowu w formie. Ubiegłoroczna płyta Lingering to jeden z jaśniejszych elektronicznopopowych albumów w ostatnim czasie. Eleganckie i błyszczące synthy, melodie momentami zdezelowane, w większości błogo balearo-dreamwave’owe. Bo Brian Batz na Lingering kreuje utwory bardzo pościelowe. Słuchać czwartej płyty Duńczyka to jak położyć się po ciężkim dniu w łóżku, okryć świeżym prześcieradłem i powoli zapadać się w sen. A w śnie, jak to w dobrym śnie bywa – same dobre sny, rozmarzenie, radość. Skojarzenia z Brothertiger, trochę też Washed Out czy Teen Daze’em nie dziwią, tak samo jak momentami śpiew Batza zahacza gdzieś o te rejony Stuarta Ashtona Staplesa z Tindersticks, choć tak naprawdę to bliżej mu do Anohni. A sama płyta? Lingering brzmi jak promień słońca padający na liście drzew.

NASZA OCENA: 7




AUTOR: LOVE
TYTUŁ: E Bik Dangam Lan
WYTWÓRNIA: Love and Beauty Music
WYDANE: 19 kwietnia 2017


Jędrzej Łagodziński dał się poznać już jako dobry muzyk, cżłonek The Love and Beauty Seekers (wydali razem rewelacyjną płytę Żar) oraz Pimpino Ensemble (tu z kolei ukazał się album Hope Love Peace Faith). Po pewnym czasie przyszedł czas na wydawnictwo projektu, którego Łagodziński jest liderem. LOVE, sekstet w ogromnej mierze skandynawski, dość powiedzieć, że Polaków tutaj jedynie trójka, zresztą o stałym składzie – Szymon Gąsiorek i Tomo Jacobson. No i z dużą dozą zabaw wokalnych, bo poza instrumentalnym jazzem na wysokim poziomie, wydawnictwa Love and Beauty Music charakteryzują się też udziałem nagrań z partiami wokalnymi. Nie inaczej jest na E Bik Dangam Lan.

Debiutancka płyta pod przewodnictwem Łagodzińskiego, tak w skrócie, bo ukazała się już tak dawno temu, że głupio o niej pisać w kwietniu 2018 roku, jest po prostu wybitnie dobra. Budujące napięcie, otwierające całość „Creation – Drone”, idealnie wprowadza w ten pogmatwany, dźwiękowo skomplikowany świat Jędrzeja i jego muzycznych przyjaciół. Dalej jest już tylko lepiej. Nerowa pekrusja Gąsiorka, wybrzmiewająca ciężko tuba Rasmusa Kjærgårda Lunda, hipnotyzujący saksofon Jędrzeja, aż w końcu zatracajace wokale Lo Ersare, mogą robić wrażenie. Ba, on to robią, bez dwóch zdań.

Co ciekawe, słychać, że w myśli kompozytorskiej Łagodzińskiego swoje piętno odcisnęło kopenhaskie Rytmisk Musikkonservatorium. Otwarte podejście do tworzenia, chęć mieszania gatunków, zresztą przede wszystkim stawianie na zróżnicowane formuły, bo to raz mamy jazz, to zaraz następuje minimalizm, by po chwili zrobić po prostu miszmasz improv z popem czy też balladami („I am you” to taka swoista hybryda). E Bik Dangam Lan, zaraz obok Wood Organization, o którym niżej, to najspokojniejszy album w stajni Love and Beauty Music. ŻarHope Love Peace Faith kipiały energią, urzekały gówniarskim, młodzieńczym buntem, a tu słychać, że i Łagodziński starszy od kolegów, i większy ukłon w stronę uporządkowanych kompozycji (wyjątkiem „Yakuza” będąca ładną, naprawdę ładną odsłoną noise’owego jazzu). A „E Bik Dangam Lan” czyli utwór tytułowy, kojarzy mi się z Komuną, tym całkiem zabawnym momentami filmem. Jakby bohaterowie siedzieli sobie i wspólnie śpiewali. A tak na poprawę nastroju.

NASZA OCENA: 8




AUTOR: Christian Kobi, Taku Sugimoto, Wakana Ikeda, Yoko Ikeda
TYTUŁ: Atta!
WYTWÓRNIA: MonotypeRec.
WYDANE: 2017


Niby kwartet, ale tak naprawdę to Christian Kobi to chyba chciał być miły i solowy (w 4/5 materiału) projekt sygnują też nazwiska: Wakana Ikeda, Taku Sugimoto oraz Yoko Ikea. Ta trójka pojawia się wraz z Kobim dopiero w utworze numer 3. Przez resztę czasu słyszymy tylko tenorowy, mocny saksofon szwajcarskiego muzyka. A saksofon Kobi opanował do perfekcji, szczególnie na płaszczyźnie jazzu improwizowanego.

Muzyka Szwajcara to dźwięki surowe, oszczędne, wypełnione szorstkimi i krótkimi fragmentami przeplatanymi oddechami czy wręcz odgłosami połykania śliny. Zaraz obok takich rozwiązań otrzymujemy partie drone’owe, wygięte i rezonujące. Minimalizm kipi aż ze wspomnianego utworu nr 3, gdzie każdy z instrumentów gra we własną grę. Słuchać warto w całości, w całkowitym skupieniu. Bo to bardzo dobra płyta.

NASZA OCENA: 7




AUTOR: Wood Organization
TYTUŁ: Wood Organization
WYTWÓRNIA: Insula jazz, Gotta Let It Out, Love & Beauty Music
WYDANE: 24 listopada 2017


Duet jako baza, ale z różnymi wariantami. Wood Organization, kolejny znakomity projekt stajni Love and Beauty Music, efekt nauki na Rytmisk Musikkonservatorium. Znakomity, ale nieco za długo. Kaseta liczy niby tylko trzy nagrania, ale jednocześni prawie sto minut muzyki. Jasne, dobre to się nie dłuży, tylo co z tego, gdy ciężko wygospodarować czas na w skupieniu słuchanie improv.

Szymon Gąsiorek i Tomo Jacobson, podstawa WO, w utworze „Duo” tworzą barwną opowieść na perkusję, kontrabas i instrumenty dęte, z pełnym rozwinięciem i zakończeniem, o wstępie nie zapominając. Pierwsze nagranie, trwające zresztą 50 minut, to pełnokrwiste free improv., utwór, który mógłby być oddzielnym, pełnoprawnym albumem, zresztą czasówka do tego już zobowiązuje. Tomo i Szymon bawią się dźwiękiem, wpuszczając słuchaczy na swoją próbę. Tu słyszymy postukiwanie perkusjonaliów, tam dziarsko zawodzi shehnai, ale ciekawiej robi się, gdy do ekipy dołącza Lars Greve. Duński saksofonista i klarnecista dodaje szorstkim melodiom Gąsiorka i Jacobsona chaotyczny i momentami schizofreniczny wydźwięk, choćby na wysokości niespełna dwudziestej minuty. Bywa miło i delikatnie, (9 minuta, gdy klarnet subtelnie pulsuje, a perkusja wybija miarową rytmikę), jest też sonorystycznie.

Drone’owe, melancholijne intro w „Quartet” pokazuje, że Wood Organization znakomicie funkcjonuje jako projekt żywy. Udział Freji Schack-Arnott, której wiolonczela uroczo wybrzmiewa najpierw solo, potem z perkusjonaliami w tle, jest tutaj nie do przecenienia. To instrument numer jeden, a kontrabas to tylko uzupełnienie. Można stworzyć album tak rozbieżny stylistycznie, tak ciekawy i wciągający? Ano można.

NASZA OCENA: 7.5




AUTOR: Xenony
TYTUŁ: Polish Space Program
WYTWÓRNIA: Instant Classic
WYDANE: 8 marca 2018


Xenony wróciły z przytupem i należytym szacunkiem IDM-owym brzmieniom. Trio Piotra Bukowskiego, Pawła Bebecha Górskiego i Karola Kosznieca znowu przemierza cyfrowe szlaki, znowu bardzo archaiczne w swoim zamierzeniu, ponownie skupiając się na syntezatorowych, dźwiękowych odysejach. Odysejach, tak, bo właśnie takie skojarzenia budzą mi się w głowie przy słuchaniu Polish Space Program. Taki trochę miks chillwave’owego rozmycia, długich kosmische-ambientów, elektro-postshoegaze’u spod znaku starego, dobrego M83. Momentami jest dobrze, jak w singlowej „Ziemii”, gdzie cierpiętniczy wręcz wokal… nadaje to rosnącym, to opadającym syntezatorom wymaganego dramatyzmu, dobrze jest w militarnym, żwawym „Jupiterze” i naprawdę brzmiącym jak wyjęte z Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts „Planet Brasil”. Daleki jestem od wychwalania Xenonów, lania na nich miodu i posypywania wiórkami kokosowymi z zachwytu, ale momentami to naprawdę niezła płyta. Problem w tym, że momentami.

NASZA OCENA: 6




AUTOR: Rosalie
TYTUŁ: Flashback
WYTWÓRNIA: Alkopoligamia
WYDANE: 19 stycznia 2018


Rosalie ma niesamowite szczęście do producentów (i producentek). Podkłady, któe znalazły się na Flashback to cudeńka same w sobie. Pop tradycyjny, pop w wersji synth i elektro(pop), r’n’b, pościelówy, house i downtempo z elementami uk garage też się znajdą. Dużo na debiucie Rosalie Hoffman ładnych melodii, choć są wyjątki. Jasne, są słabsze, przeżółkłe od komercyjnego podejścia do pisania piosenek momenty. To takie smoothowe zagrywki, zahaczające o pseudowytrawność, podkłady będące motywami dla starszych panów z koniaczkiem, prawie że „chic w swoim wydźwięku”. Zatem płyta jest nierówna, fakt, ale nie ma co się burzyć, smucić czy mieć pretensje. Rosalie otoczyła się plejadą artystów, którzy pomogli jej nagrać te lepsze piosenki.

Że Chloe Martini to znakomita producentka, wiemy od ładnych kilku lat, powoli wyrabia się Moo Late,choć jego „Królowa” pachnie wytrawną nudą spod znaku czołówek tvnowskich seriali. Hitem jest Spokojnie Suwala z błyszczącymi klawiszami i chwytliwą rytmiką, o śpiewie Rosalie nie wspominając. Funkująco-rythmandbluesowy Holding Back (właśnie Chloe Martini) brzmi jakby został nagrany na przełomie dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, w złotych czasach R&B. Pytanie tylko, po co na płycie znalazło się „Po co” z tym żenującym wersem „Mam dupę co robi mi kanapki z ogórkiem i w ogóle to ją lubię bo jest śmieszna”.

NASZA OCENA: 6.5




AUTOR: Peter Brötzmann, Fred Lonberg-Holm
TYTUŁ: Ouroboros
WYTWÓRNIA: Monofonus Press/Astral Spirits
WYDANE: 20 kwietnia 2018


Wybitny klarnecista i saksofonista, wspaniały kontrabasista. Peter Brötzmann razem z Fredem Lonbergiem-Holmem w nagraniach ze wspólnego koncerty, który odbył się w Kolonii ponad siedem lat temu. Ostatnio, 3 maja, Anthony Bourdain gastronomicznie zwiedzał Kolonię. Myślę, że gdyby nagrywki wykonywał w styczniu 2011 roku, te litry Kölscha smakowałyby mu bardziej. Obaj muzycy znani są z bezpardonowych ataków na uszy słuchaczy. Gęste, zawiłe tekstury Brötzmanna bazujące na pracy z oddechem, walce ze śliną i dźwiękową agresją świetnie współgrają z barwnymi, dzikimi, rwanymi raz i przeciąganymi solówkami na saksofonie. Fred Lonberg-Holm to z kolei prawdziwy gość, kontrabasista będący marką samą w sobie, a przekonał się o tym niedawno Adam Gołębiewski (zajebista wręcz płyta), Grzegorz Tyszkiewicz wielokrotnie podkreślał, jak ważna w jego wydawniczym dorobku jest płyta nagrana z Kenem Vandermarkiem (Resistance w Bocian Records). W towarzystwie Petera Fred uwalnia swoje emocje jeszcze bardziej. Razem grają mocno, ostro i zwięźle, nie tracąc czasu na zbędne ulepszacze. To muzyka z krwi, śliny i spływającego po czole i policzkach potu. Brötzmann mocno atakuje dęciakami, Lonberg-Holm obiema dłońmi efektownie ślizga się po masywnych dźwiękach kontrabasu.

NASZA OCENA: 7.5




AUTOR: Raskol’nikov & Hjalmar Hach
TYTUŁ: Yama
WYTWÓRNIA: Zoharum
WYDANE: 1 grudnia 2017


Ależ to dziwna płyta. Cudaczna taka, nieugładzona, zagadkowa i zabawna. Przyznam się bez bicia – Raskol’nikov i Hjalmar Hach nic mi nie mówili i mogę z miejsca żałować, bo Yama to album barwny, różnorodny i może przy pierwszym razie nie wciągający, ale ujmujący i zachęcający. Włoski duet tworzony przez Francesco Todescatę i Jacopo Pagina kolejny raz współpracuje z Hjalmarem Hachem i ta działalność wszystkim wychodzi na dobre.

Yama, po japońsku góra, dźwiękowo z Japonią ma wspólnego… nic. Graficznie, jasne, mamy górę, mamy kanji, mamy Małpo-Luda. I mamy dużo gliczy, noise’owych zapędów tria i jednoczesną potrzebę tworzenia melodii. Tak, melodii, bo i z tym spotykamy się na Yamie, gdzie na przykład w „Hidden Valley” zmysły koją dźwięki bliskie wiolonczeli, a w drugiej części tego blisko dziewięciominutowego utworu tempo przyspiesza, syntezatory zaczynają bujać, razem z przeszkadzajkami i perkusjonaliami. I jest to najżywsza kompozycja, bo pozostałe brzmią jak dźwiękowe eksperymenty, software’owe próby z myślą o stworzeniu takiej awangardowej baśni z tysiąca i jednej nocy. „Blue Jungle” idzie w stronę cyber-industrialu, chaosem i swoistą agresją wieje w „Master”, a „Rise” to – na zakończenie – delikatne ambienty. I jest to świetne, po prostu świetne wydawnictwo z katalogu Zoharum. Posłuchajcie sami.

NASZA OCENA: 8




AUTOR: Tusks
TYTUŁ: Dissolve
WYTWÓRNIA: One Little Indian
WYDANE: 13 października 2017


Od mniej więcej dekady mamy modę na delikatną, eteryczną elektronikę spod znaku Alt-J, Jamesa Blake’a, Chvrches, The xx, dobrze się mają też te wokalistki, które rozbijają się łokciami w nowoczesnym r’n’b i alternatywnym popie, tutaj ukłon w stronę FKA twigs, Lapsley, a z naszego podwórka można by wymienić Rosalie (o niej wyżej), Natalię Nykiel czy chociażby Polę Rise. Tusks, zdaje się, łączy wszystkie te podwórka, tworząc elektro-indiepopowe ballady i przeboje, miłe dla ucha, oparte na wszędobylskim pogłosie, scandi-chłodzie i delikatnym brzmieniu pianina. Mało tutaj pospiechu, raczej miejsce, by złapać oddech. Momentami, jak w „Paris”, jest pompatycznie, „Last” spokojnie mogłoby się znaleźć na xx, czyli debiucie The xx. Jest też „Dissolve”, prawdziwy highlighter płyty – utwór, który spokojnie pobuja tłumy na koncercie i wypełniłby romantyczne momenty w filmach młodzieżowych.

NASZA OCENA: 6.5




AUTOR: Eva-Maria May, Corinna Desch, Martin Rummel, Johannes Dengler, Giorgi Gvantseladze, László Kuti
TYTUŁ: Poulenc: Sonatas With Piano
WYTWÓRNIA: Paladino Music, Kairos Music
WYDANE: wrzesień 2017


Austriacka wytwórnia Paladino Music sięga po dzieła Francisa Poulenca, francuskiego, wybitnego kompozytora i pianisty, który na wydanej pod koniec ub. roku płycie prezentował swoje kompozycje na klarnet, obój, wiolonczelę, skrzypce i (rzecz jasna) pianino. Otwierająca wydawnictwo Bagatela na skrzypce i pianino zapowiada lekkość, frywolność, wręcz skoczność (klawisze pianina) i zadziorne, radosne wręcz skrzypce. Ale już zaraz robi się ciężej, bo sonaty i elegie Francuza do najlżejszych nie należą. Wiadomo, Poulenc, przyjaciel Georgesa Aurica, Louisa Dureya , Arthura Honeggera, Dariusa Milhauda i w końcu Germaine’a Tailleferre’a, to czołówka francuskiej muzyki neo-klasycznej, tej niemalże ortodoksyjnej, czerpiącej garściami z Mozarta, Bacha czy Schuberta, więc tutaj żadnego prochu nie odkryto. Ot, solidne rozpisywanie utworów na konkretne instrumenty, grające raczej swoje własne partie, uzupełniające się jak warstwy w Photoshopie niż wchodzące w dialog, pewną swoistą interakcję.

Cała płyta, co naturalne, brzmi jak od linijki, nie znajdziemy tu fragmentów zatracenia, muzycznego zapomnienia i darcia (symbolicznego) partytur. Cała mikroorkiestra, zespół raczej, skrupulatnie przemierza nuty Francuza, grając w większości urocze kompozycje Poulenca.

Oprócz muzyki, dobrej, poruszającej, mimo że to klasyka XX wieku w pełnym znaczeniu tego określenia, zapomnijmy na chwilę o tej współczesnej muzyce komponowanej i zachłyśnijmy się klasyką. No to oprócz muzyki, Paladino zadbało też o zgrabny booklet, ciekawy, nie ukrywam.

NASZA OCENA: 7.5




AUTOR: Hybryds
TYTUŁ: The Ritual of the Rave
WYTWÓRNIA: Daft Records, Zoharum
WYDANE: 1995, 19 września 2017


Hybryds w formie z roku 1995, czyli Zoharum dalej upowszechnia archiwalne nagrania Belgów. Tym razem wszyscy poszli w rave, nieco stonowany, no… no nie do końca klasyczny rave, ale Hybryds przygotowali materiał rytmiczny, taneczny i w swoim stylu.

W swoim stylu oznacza mniej więcej tyle, że cały czas obcujemy z muzyką rytmiczną, plemienną, niekiedy z Czarnego Lądu (jak te belgijskie kolonie), momentami brzmiące orientalnie i dziko. To cała magia Hybryds, zespołu po prostu bazującego na brzmieniach iście rytualnych. Na The Ritual Of The Rave wszystko kipi od kwasowości, tańca, zabawy i transu. Jasne, to nie jest szaleńczy rave, coś między acid house’em i dzikim techno, ale w tej regularności rytmiki jest metoda, w tych kosmicznych syntezatorach kryje się ogień.

Znakomitym przykładem będzie otwarcie płyty. Pierwsze na liście „Red Lebanon” chwyta etnicznymi zaśpiewami i plemiennym groove’em, by w następnym „Sjamanistic Dream (Ravemix)” przenieść się do opuszczonych loftów przerobionych na trance’owe kluby. Ciekawie prezentuje się „Icarus”, z tą swoją agresją i zapętleniami wyrasta na utwór totalny, ciężki i mocny jak kilka butelek piwa Delirium Tremens. Bo ta reedycja płyty Hybryds jest taka, zamglona i mocna, pełna stroboskopowych uderzeń, choć jednocześnie może nie usypiająca, ale oddziałująca na percepcję. A przy tym świetna. Prawdziwe must-have dla każdego fana transowych, industrialno-etnicznych nagrań.

NASZA OCENA: 8




AUTOR: Where is Jerry
TYTUŁ: Bang! Bang!
WYTWÓRNIA: Radio Rodoz
WYDANE: 10 czerwca 2017


Każdy poślizg w publikowaniu informacji o premierach to powód do tego, aby przeprosić za zwłokę. Gdy od wydarzenia mija kilka miesięcy, a do tego w  kalendarzu mamy już kolejny rok, to przeprosiny należą się podwójne. Od czasu do czasu trafiają jednak w nasze ręce albumy, które choć swój „prime time” miały dawno temu, to jednak pozwalają pozbyć się poczucia winy. Tego typu sytuacja ma miejsce w przypadku lekko przechodzonych rockmanów z trójmiasta, którzy po siedmiu latach wspólnego grania i kilku minialbumach, wreszcie zdecydowali się na pełnowymiarowy debiut.

Panowie znacznie bardziej od koncertowych scen preferują własną salę prób. Tworzą grupę zgranych przyjaciół, także poza aktywnością w zespole i to bez wątpienia znajduje potwierdzenie na krążku Bang! Bang! Nie brak tu szczerych i prostych zagrywek w stylu Mother Love Bone, choć nie ma co oczekiwać aż takich przestrzeni jak w przypadku kapeli Andrew Wooda. Jest za to specyficzna chrypka w głosie wokalisty – Przemysława „Bozo” Loose – zbieżna do tego, co świat usłyszał w dniu powstania formacji Temple Of The Dog. Grunge’owe zagrywki i wyspiarski klimat toczy tu własne, nieśpieszne życie. Do głosu dochodzą inspiracje brudnym graniem, królującym dobre dwie dekady temu i niestety dość trudno usłyszeć tu cokolwiek spoza linii oczywistych skojarzeń. [Adam Mańkowski]      

NASZA OCENA: 5




AUTOR: Pchełki
TYTUŁ: Słonko
WYTWÓRNIA: Mięty Pole
WYDANE:  czerwiec 2017


Co stanie się, gdy zabarwione jazzem aranżacje nagniemy w kierunku stylistyki postrockowej, czy nawet radośnie folkowej? Nic nadzwyczajnego, tzn. oswoimy nieco poważnie brzmiącą dęciaki, w tym przypadku autorstwa Tomasza Marczyńskiego i Łukasza Rafińskiego (obaj panowie pojawiają się na krążku gościnnie). Ponadto usłyszymy więcej żywych kontrastów na linii dziki bas i sprzęgające pod wpływem efektów wzmacniacze. Pchełki z fantastyczną Martą Rogalską na wokalu, konsekwentnie unikają na swojej płycie rozwiązań szerzej rozpoznawalnych. Motoryczny wokal i rockowe zacięcie, a nawet punkowa perkusja w kompozycji tytułowej, wbijają konsekwentnie rytm nie tylko pod stopę ale i skórę.

Delikatne z nazwy Pchełki, wcale nie mrugają do nas łagodnie okiem, wręcz przeciwnie stawiają na silny, momentami wręcz garażowy przekaz. W naturalistyczny i ani trochę nieprzesłodzony wizerunek, wpisuje się także bardzo estetyczna okładka albumu autorstwa Macieja Wesołowskiego. Warto także zauważyć, że za miks i produkcję Słonka odpowiada wyjątkowo zapracowany Michał Kupicz. Polecam zwrócić uwagę na ubiegłoroczny krążek Thurstona Moore’a i Adama Gołębiewskiego wydany nakładem Endless Happiness, w którym producent także maczał palce. [Adam Mańkowski]

NASZA OCENA: 7

NASZA SKALA OCEN (K L I K)

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: