Jachna/Tarwid/Karch po raz drugi, tym razem z albumem Sundial II. Recenzujemy album tria, który kandyduje do miana „pogromcy pierwszej płyty”. Bo to po prostu lepsze wydawnictwo.


AUTOR: Wojciech Jachna, Grzegorz Tarwid, Albert Karch
TYTUŁ: Sundial II
WYTWÓRNIA: HevHetia
WYDANE: 30 września 2016


Dobry jazz to podstawa. Nie żaden smooth, nie żaden vocal-jazz, nie ugładzony, wyprasowany jak twarz Jochena Bendla (Bendela?) z DAS GROSSE PROMIBACKEN jazzik, od którego hafty lecą na prawo i lewo, a oczy łzawią jak po cebuli w kanapkach w porannych pociągach na linii Skierniewice – Warszawa. Nawet też nie do końca cool, choć może kiedyś, kiedyś… Tak, dobry jazz jest ważny, a fajnie, gdy ten dobry jazz jest na wyciągnięcie ręki.

A na wyciągnięcie ręki jest Sundial II, choć do polskich słuchaczy płynie ta płyta aż z odległej Słowacji, dokładniej z Hev-Hetii, wytwórni mocno związanej z rodzimymi artystami (Kamil Piotrowicz, Monk’s Midnight czy Witold Lutosławski), która stoi za najnowszym albumem tria Jachna/Tarwid/Karch. Już same nazwiska wskazują, ba, wręcz zapewniają wysoką jakość albumu. Wojciech Jachna – wiadomo, złoty trębacz, członek i współtwórca kilku składów i projektów, wierny kompan Jacka Buhla także. A pozostali muzycy? Choć to melodie przyszłości, to już o ugruntowanych pozycjach na rynku.

Grzegorz Tarwid, Albert Karch – młodzi artyści, absolwenci duńskiego Rytmisk Musikkonservatorium, od jakiegoś czasu współtworzą coraz to ciekawsze projekty. Tarwid co prawda kojarzony jest z tym triem i wydanym dwa lata temu albumem Sundial, natomiast Karch gra w Minim Experiment (RECENZJA / INFORMACJE O ALBUMIE) i Wano Wejta, a z Kamilem Piotrowiczem i Lucą Curcio tworzy własne trio, czyli w dwóch różnych muzycznych bajkach. Ta różnorodność dobrze wpływa na młodego perkusistę, bo jego gra jest na Sundial II bardzo istotna.

Choć może to nie w porządku. Tak wytykać, wyszczególniać konkretnego członka formacji? Bo i Jachna, i Tarwid odciskają swój ślad na drugim albumie zespołu. Pierwszy, wydany dwa lata temu, można było spokojnie nazwać „ładnym”. Sundial część pierwsza stanowił bowiem głównie klasyczno-jazzowe inspiracje muzyków. Sentymentalne melodie, ba, co więcej – głównie melodie czyste, z niewielką ilością improwizowanych wątków (tak mi się przynajmniej wydaje), no po prostu ładne. Schludne. Po dwóch latach trio postanowiło obrać inną drogę, bardziej postawić nacisk na wolne granie, poszczególne partie artystów i zamysł kompozytorski pianisty Grzegorza Tarwida, który rozpisał cztery nagrania.

Co ciekawe, właśnie utwory Tarwida jawią się jako te najciekawsze i najbardziej chwytliwe na całym Sundial II. Już zresztą otwierający album „Terpsichore’s Back” z miejsca zagnieżdża się w głowie słuchacza, głównie przez hipnotyzującą trąbkę Wojciecha Jachny, która wybija się ponad pozostałe dwa instrumenty. Nie fortepian, który towarzyszy momentami trąbce, też nie perkusja, która tworzy tajemnicze tło dla dęciaka. Trąbkowa solówka Jachny na starcie informuje, że płyta tria to żadne pompowanie wody.

Z kolei w „One For Albert” słychać głównie istotę fortepianu, którego nie da się przecenić w tym przypadku. Trąbka? Nadaje kompozycji plastyczności, ale temat wybrzmiewa z klawiszy. Perkusjonalia stanowią jedynie dodatek, tło, optymalne podbicie. Przy „Money For AP” ponownie trąbka wychodzi na pierwszy plan, a wraz z nią radosne melodie. Złożoność utworu jednak nie pozwala wrzucić go do jednorakiej szufladki. Bo muzycy skaczą – od frywolnej solówki na trąbce, a następnie i pianinie, przez ciężką i gęstą improwizację trzech instrumentów, by utwór zamknąć dość minimalistycznie. Jest też „Aftenen”, nagranie najbardziej zbliżone do materiału z debiutu. Melancholia, wygładzenie, perfekcyjne rozpisanie łamiące nuty i serca. Jazzowa klasyka ze smutkiem jako głównym przesłaniem.

Karch, będąc zdolnym perkusistą, w swoich kompozycjach poszedł w minimalizm i tutaj z kolei nie ma nic do zarzucenia. „Holmen” wybrzmiewa spokojnymi akordami i partiami głównie trąbki Jachny i skrytego akompaniamentu fortepianu, z kolei „Mirror of a thousand flowers (for Miyako)” to już pełna zabawa dźwiękami, która z każdym kolejnym odsłuchem podrzuca kolejne smaczki, a przez to wzmaga uwagę. Pełnię swoich perkusyjnych możliwości Albert Karch pokazuje natomiast w „One for Hedgehog”, gdzie solówka w końcówce miażdży, a filmowe zamknięcie utworu podkreśla wcześniejsze wirtuozerie.

Muzykom niestety nie udało się pominąć słabszych momentów. „Carol” może i jest solową, do tego ładną kompozycją Tarwida, ale jest jednocześnie na tyle nudną w porównaniu do pozostałych nagrań, że do Sundialu II prostu nie pasuje. Na solowym albumie pianisty? Czemu nie, ale nie na wspólnym wydawnictwie.

Daleki jestem od wychwalania tego albumu, a samych muzyków oblewania miodem od stóp do głów, ale wydana przez HevHetię daje radę. Są minusy, rzadko kiedy ich nie ma, ale są one na tyle małe, że można przymknąć oko. To co, chyba jednak warto pochylić się trochę nad Sundialem część druga?

 

A JAK OCENIAMY?
Dużo ciekawiej niż na debiucieTarwid i Karch - jazzowa przyszłość, która nadeszłaTrąbka Jachny jak zawsze na wysokich obrotach„Money for AP”, a potem jeszcze...... „Mirror of a thousand flowers (for Miyako)”
7FYHOWA OCENA

Komentarze

komentarze