O swojej nowej płycie, dzień po premierze opowiada Peter J. Birch. Jak powstawało Yearn? O czym opowiadają poszczególne piosenki? Tego dowiecie się z lektury Czynników pierwszych.

TYTUŁ: YEARN

Album Yearn („yearn” z angielskiego oznacza tęsknotę, przywiązanie do kogoś/czegoś, współczucie) ma taką nazwę z racji tego, iż szukałem krótkiego wyrazu, który oddawałby w mniej lub bardziej metaforycznym sensie to, co na tej płycie się znajduje, zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej. Poza tym, chciałem żeby był przeciwwagą dla poprzedniego, dość długiego tytułu wcześniejszej płyty, When The Sun’s Risin’ Over The Town. Spróbuję się podjąć niełatwego zadania analizy mojej solowej płyty, mimo iż kiedyś już to robiłem przy okazji The Great Division Turnip Farm, ale łatwiej wypowiadać się w zespole, trudniej, gdy utwory są bardziej osobiste.

 ***

„Don’t know what to do about myself”

Pamiętam nawet dokładnie, kiedy wymyśliłem linię gitary. To było w garderobie na parę godzin przed supportowaniem koncertu Czesław Śpiewa z gościnnym udziałem Meli Koteluk i CeZika. Siadłem z gitarą i przyszła mi do głowy też wstępna melodia wokalu. Tekst był pisany pewnie w jakiś początkowo-jesienny, melancholijny dzień, bo rozprawia o tym, że nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić, mimo iż wszystko wokół wydaje się spoko. Ot, taka banalna historia, która od czasu do czasu dotyka każdego z nas. Aranżacja z samplowanymi bębnami i innymi chórkami to już efekt pracy w studio, gdzie chciałem poeksperymentować i celowo nie nagrywałem żywych bębnów. Podobnie było w przypadku kilku innych kompozycji na tej płycie. Miało być trochę lekko, zwiewnie i przyjemnie, a przy tym wpadać w ucho. 

„I melted in your heart”

Numer wraz z linią wokalu powstał gdzieś w 2010 roku, jak nie chwilę wcześniej. Miałem nagranych kilka wersji na kompie z innym tekstem albo śpiewanych, jak ja to mówię, „po holendersku”. Wrzuciłem nawet taką wersję do mojego „brudnopisu”, czyli na soundclouda, na którym jest dużo coverów i jakichś szkiców nagrywanych przeze mnie w domu na komputerze. Tam kawałek ma nazwę „Forever in your heart”. Zamysł, już chwilę przed wejściem do studia był taki, żeby utwór grany na gitarze akustycznej przyozdobić delikatną warstwą elektroniki. Taka mgiełka z tego powstała. Na koniec utworu ta mgiełka rozwija się bardziej, a wszystko przyprawia w tle lekko industrialnymi dźwiękami Mariusz Szypura, który gościnnie nagrywał na mojej płycie parę rzeczy oraz zrobił okładkę płyty i na co dzień gra ze mną w wersji koncertowej jako Peter J. Birch & The River Boat Band. 

„Close to you”

To bardzo osobisty numer, w pełni akustyczny, nagrany na tzw. setkę, czyli na żywo, za pierwszym podejściem. Chyba więcej o nim powiedzieć nie umiem, poza tym, że tekst jest prawdziwy, a historia się spełniła.  

„Fate”

Ten utwór powstał, kiedy jeszcze studiowałem i mieszkałem na stancji we Wrocławiu. Pewnego wieczoru – czasem tak bywa – postanowiłem, że po prostu napiszę numer i że ma być „mroczny”. Nagrałem wtedy demo, bardzo zbliżone do ostatecznej wersji, którą słyszycie na płycie. Raczej nielubiany i nieużywany nigdy przeze mnie efekt gitarowy flanger, tym razem posłużył mi w uzyskaniu klimatu lekkiej kiczowatości, jaką chciałem uzyskać w tym utworze. Oczywiście w granicach dobrego smaku, czyli jako taką przyprawę. Może niektórych będzie to gryzło, ale efekt jest zamierzony. Poza tym transowy bit i bas napędzające całość. Fantastyczne trąby to efekt pracy producenta tej płyty, czyli Przemka Wejmanna, z którym we dwóch pracowaliśmy w studio nad aranżacjami całej płyty. Jest to osoba, która ma niebagatelny wpływ na kształt albumu i z którą spędziliśmy godziny nad wyborem najlepszych składników. Wierzę, że się udało. 

„Inexcusable blues”

Brudny, rozwalony numer. Pierwszy, jaki nagrałem w studio podczas sesji do Yearn. Nagrany również na setkę. Zresztą, to podejście jest uwiecznione na amatorskim klipie nakręconym przez Perłę, czyli Przemka Wejmanna. On wziął swojego iPhone’a i mówi, że nakręci filmik na pamiątkę. Ja, ku przerażeniu Perły, podkręciłem jeszcze przester dwa razy bardziej, ale wiedząc, co chcę uzyskać. Założyłem czarne okulary i tak spontanicznie nagraliśmy jednocześnie utwór na płytę i teledysk, hahaha. Czasem tak bywa. Tutaj możecie sami ocenić efekt. 

 

„Graveside”

Kolejny mroczny utwór z tekstem, który gdzieś mi się tam przyśnił albo przyszedł w takiej formie na jawie, gdy siadłem do pisania. Nie pamiętam za bardzo takich rzeczy. Zagrany na gitarze elektrycznej, początkowo miał zostać w takiej tylko formie, ale na szczęście w studio przyszło do głowy trochę pomysłów i tak dograliśmy klawisz, bęben i wsamplowaliśmy wiolonczelę, a całość dopełniły piękne, grobowe chóry wkomponowane przez Mariusza Szypurę. 

„Away from love”

Najdłuższy i najbardziej rozbudowany utwór na płycie. Od początku miałem pomysł na bogatą aranżację, taką trochę orkiestrową. Jestem chyba najbardziej zadowolony z efektu, jaki powstał właśnie przy tym utworze, bo pierwotna wersja była dość sucha, ale cierpliwie wybieraliśmy do niej różne smaczki. Druga część utworu to ogień, którego wcześniej brakowało na moich solowych płytach. Bębny są nieco garażowe, bo nagrane na jakieś dwa mikrofony. Kto zna Perłę, ten wie, że u niego takie rzeczy raczej nie przechodzą, ale cieszę się, że go przekonałem wraz z Lokisem, gitarzystą Turnip Farm. Dzięki temu ten utwór ma dwa oblicza. Udało się nagrać też wokal w całości za pierwszym podejściem, co nadaje jeszcze większej autentyczności i emocji, które są tutaj bardzo na wierzchu. Zresztą na tym zawsze staram się bazować w mojej muzyce. 

„Darkness bound”

Pierwsza myśl, jaka mi się nasuwa, to taki starszy gość po przejściach, który siada na krześle, chwyta gitarę i śpiewa długą, przejmującą balladę. Ja może wiekowo się nie łapię, ale wyśpiewuję szczerze to, co mi leży na sercu. Również nagrany na żywo. Aranżacji dopełniają klawisze nagrane przez Gobasa (Mariusz Szypura) w drugiej części utworu. 

„Home”

Również wymyślony dość dawno, inspirowany jeszcze czasami pierwszej płyty Bon Iver. Tekst to sen, w którym udajesz się w podniebną podróż z aniołami. Mówi też o tym, że warto w coś wierzyć i poczuć coś prawdziwego, przeżyć coś pięknego. Można go interpretować na różne sposoby, jak zresztą prawie każdy mój tekst. 

„The story of a little white deer” (bonus track)

To bonus track, utwór wzięty z sesji do poprzedniej płyty, When The Sun’s… Nie wszedł na poprzedniczkę, bo uwierał mnie jego infantylny tekst, choć historia sama w sobie taka miała być. Jednak bardzo stał za nim Perła, zespół i paru znajomych, którzy go usłyszeli. W końcu po paru kosmetycznych zmianach brzmieniowych, zdecydowałem się go dorzucić do podstawowego składu.

***

WYTWÓRNIA: Antena Krzyku
WYDANE: 8 września 2014
WIĘCEJ O: PETER J. BIRCH
INFORMACJE O ALBUMIE

 

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: