Tuż przed festiwalem Soundrive o swoim ostatnim wydawnictwie postanowili opowiedzieć Little White Lies, którzy rozłożyli In word and deed na czynniki pierwsze.

Nasze EP In Word and Deed wydane przez FYH! Records na taśmie magnetofonowej to był bardzo spontaniczny pomysł. W tamtym czasie zewsząd docierały do nas same pozytywy i nagrody związane z naszym debiutanckim albumem. Na fali tego całego entuzjazmu w nas i dookoła nas byliśmy gotowi coś nagrać/wydać, wręcz paliliśmy się do tego. Zbieraliśmy wówczas materiał na drugi album, a ponieważ na horyzoncie nie pojawiały się możliwości szybkiego nagrania drugiej płyty, po wizji wydania tego EP na kasecie magnetofonowej wszyscy powiedzieliśmy sobie TAK. I w ten właśnie sposób zaspokoiliśmy swoją muzyczną nadpobudliwość i niezwłoczną chęć ukazania kilku nowych piosenek. Od samego początku zaczęło się poszukiwanie jakiegoś pierwiastka, który będzie stanowił jakąś różnicę, novum w stosunku do naszego debiutanckiego albumu. Ostatecznie padło na perkusistę, naszego dobrego znajomego Butchera. W tym momencie mogliśmy wchodzić do studia.

„WORDS AND DEEDS”

Był to najbardziej aktualny pomysł ze wszystkich utworów, które zarejestrowaliśmy na EP. Transowa, mocno przesterowana gitara ze sporym dodatkiem delaya, do tego mocne energiczne bębny. To wszystko stworzyło masę, która po pierwszym przesłuchaniu wgniatała nas samych w fotel. Zdecydowaliśmy, że taką bombą energetyczną dobrze będzie rozpocząć naszą kasetę, bo ta właśnie bomba nie powinna prowokować do przewijania. Na ostatecznym etapie produkcji dodaliśmy jeszcze sprzężenia gitarowe jako wprowadzenie i zapowiedź tego, że to wciąż rock’n’roll, że to wciąż my.

„MY OWN OBSESSIONS”

Długo nie mogliśmy znaleźć tzw. klucza do tego utworu, nie bardzo wiedzieliśmy, w którą stronę mamy go rozwinąć. Na początku mieliśmy jedynie wstęp, który tak samo jak w „Words and deeds” opierał się gitarowo na śmielszym niż dotychczas wykorzystaniu delaya. Nasze wszelkie obawy, wątpliwości rozwiała pierwsza wspólna próba z bębnami, nagle wszystko wręcz samo się ułożyło, wszystko zagrało. W zwrotkach zrezygnowaliśmy z przesterów na rzecz spokojnych, wyciszonych brzmień, aby utwór mógł eksplodować w refrenie.

„SOLITUDE”

Pomysł na „Solitude” musiał bardzo długo odleżeć, abyśmy faktycznie mogli o nim pomyśleć, że to materiał na dobry numer. Był to jeden z pierwszych naszych piosenkowych pomysłów po założeniu Little White Lies. „Solitude” wrócił jak bumerang przy okazji współpracy z Butcherem, dzięki któremu ten utwór nabrał dynamicznego charakteru i perkusyjnego klimatu z gatunku drum’n’bass. W procesie produkcyjnym niesamowicie istotną pracę wykonał nasz etatowy producent Paweł Cieślak, który dogrywając linię bassu oraz synthy ze swoich kosmicznych urządzeń wypełnił ten numer w całości.

„SUNFLOWERS”

Tak jak mocno zaczęliśmy epkę, tak chcieliśmy ją subtelnie zakończyć. Powodów, dlaczego właśnie „Sunflowers”, było naprawdę wiele. Począwszy od tego, że od długiego czasu nosiliśmy się z zamiarem nagrania akustycznego materiału. Mieliśmy też trochę wrażenie, że „Sunflowers” przeszedł niezauważony na naszym albumie, a dla nas ta piosenka stanowiła niezwykłą wartość. Tym bardziej miło było ją przypomnieć. Poza tym absolutnie przypadkiem, prawdopodobnie podczas koncertu, Butcher zaczął spontanicznie grać do niej bębny i w naszym mniemaniu nadało to jeszcze większego ładunku emocjonalnego. Kolejny powód, który narodził się po wejściu do studia, to fakt, że Paweł Cieślak jest niesamowitym klarnecistą, a ta piosenka aż prosiła się o taką harmonię, którą był w stanie wprowadzić Paweł poprzez klarnet. To wszystko sprawdziło się  w stu procentach.

***

WYTWÓRNIA: fyh!records
WYDANE: 19 kwietnia 2013
WIĘCEJ O: LITTLE WHITE LIES
INFORMACJE O ALBUMIE

 

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: