Black Midi i Scalping – relacja z koncertu w Berlinie.

Pamiętam, jak kilka miesięcy temu mój ulubiony muzyczny kolega i szpieg napisał, że na festiwalu w Finlandii zobaczył jedną naprawdę dobrą rzecz: Black Midi. Ufam mu, bo spotykamy się co roku na Le Guess Who? i wiem, że zna się na rzeczy jak mało kto.

Muzycy wreszcie dojechali do Berlina, do magicznego, oldschoolowego Lido, ze składanymi pluszowymi siedzeniami w lobby, ogrodem wyglądającym na zagrafitowane berlińskie ściany i staromodną sceną z czerwoną kurtyną i modernistycznymi lampami. I wielką kulą disco. Zaskakująco odpowiednia sceneria: muzycy postawili na złote, nagie żarówki rozproszone po scenie jako jedyny element dekoracji. Ich prezencja na żywo jest dynamiczna i absorbująca, a osobowości i performance wciągające do tego stopnia, że jakiekolwiek dodatki wydają się nadmierne.

Koncert Black Midi nie ma przerw – ktoś coś gra cały czas. Perkusista Morgan Simpson robi krótkie przerwy, bo jego wysiłek na tym koncercie to wysiłek syzyfowy. Pot i krew. Jaką kto gra tu rolę? Geordie jest liderem. To on pokazuje, kiedy kończą, ile grają, jak zaczynają. Jest też źródłem dramaturgii – jako niezwykle ekspresyjny wokalista z dość staroświeckim stylem śpiewania, co wspaniale miesza się ze stylami jego kolegów. U Geordie widzę inspirację amerykańską piosenką lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, Peterem Gabrielem i wczesnym Genesis, dekoratywne i teatralne klimaty Steve’a Hacketta czy Scotta Walkera. Ma on intrygujący tembr, talent do bawienia się konwencjami i dramaturgii. Cameron Picton, na basie i czasem na wokalach, tonował występ swoimi rzadkimi występami za mikrofonem – slintowa/van peltowa melorecytacja, amen. Najbardziej tej nocy poruszył mnie moment, kiedy wrócił on znów do śpiewania, które wyłoniło się z grzmiących, połamanych gitar, w depresyjnym, ciemnym „Near DT, MI” – nagle, nieoczekiwanie, Cameron nie mówi, tylko krzyczy. Rozdziera. Czułam to w każdej komórce swojego ciała, to samo cierpienie, rozpacz, ale też jakaś nieopisana, gorzka miłość do świata. Piosenka oddaje temat, który porusza – zanieczyszczenie wody we Flint. Śmierć ukryta w miejskiej wodzie.

Matt Kelvin jest szaleńcem – ginie z oczu, uwikłany między kablami, zajęty efektami albo po prostu napieprzający bezpardonowo w gitarę, zgięty w pół, maniak. Raz dorwał się do mikrofonu (wyglądało to na zaplanowany ruch, chociaż jego krótki, krzykliwy wybuch skończył się wywróconym mikrofonem, którego nawet nie próbował postawić od nowa). On wciela noise i chaos w tym zespole. No i wreszcie, wracamy do Morgana, który siedzi w kącie przez cały koncert i nieprzerwanie wali w bębny. Jego technika i styl są niebywałe – trudno zresztą uwierzyć, że członkowie składu mają… dwadzieścia jeden lat – jest w nich dużo jazzowych szlifów, lekkość improwizacji, zmiany tempa, gwałtownych zwrotów akcji. Jest ewidentne osłuchanie w post-punkach i math-rockach, i uniwersalny talent.

No więc cały ten koncert odbywał się w trudnych do opisania ramach stylistycznych – na pewno satysfakcjonujących fanów noise’u, ale nie ortodoksów, bo muszą oni też lubić lżejsze klimaty math-rockowe, i nie mieć alergii do patyny lat siedemdziesiątych. Jeśli jesteś otwarta na eksperymentalne, energetyczne, połamane granie, to Black Midi jest dla ciebie. To autorzy jednej z najciekawszych płyt tego roku, bezwstydni młodziacy z gigantycznym talentem i potencjałem. Czekam z niecierpliwością na więcej, bo będzie ich dużo, wszędzie, niedługo.

Black Midi zabrali ze sobą w trasę inny świeży, brytyjski talent – Scalping. Ci panowie z Bristolu odkopują w swojej muzyce złote czasy wyspiarskiej muzyki – podziemna scena klubowa, surowe riffy gitarowe, eksperymenty z narkotykami, zdrowa dawka mrocznej psychodeliki, podbita metalowymi melodiami i DIY-owymi wizualizacjami. Ten eklektyczny miks idealnie pasuje do gustów berlińskiej publiczności, lubiącej trudne dźwięki, do których da się tańczyć. Scalping mają w sobie co z Fuck Buttons, którym przestało zależeć na melodyjności, czy Battles, pomieszanych z ekstatyczną, podziemną wibracją Factory Floor. Piątka artystów na scenie – gitara, bas, perkusja, elektronika i wizuale, którym przyznano ważne miejsce w całej koncepcji zespołu, wspaniale zajęła się swoją publicznością. Tym też prawdopodobnie szykuje się gorące, festiwalowe lato.

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: