Michał Wolski w rozmowie z FYH! o kompilacji Conglomerate 2, zachodnim podejściu do muzyki i widmie zmierzchu techno jako gatunku.

Michał Wolski to obecnie jedna z najbardziej aktywnych i zapracowanych postaci na polskiej scenie elektronicznej. W grudniu swoją premierę miała kompilacja Conglomerate 2, której Michał był wyłącznym architektem. Niedługo później w wytwórni Jacka Sienkiewicza, Recognition, ukazał się materiał Bartosza Zaskórskiego (przeczytajcie naszą recenzję: K L I K!) masterowany przez Wolskiego. W zanadrzu są również kolejne materiały współtworzonego przez Michała wraz z Mateuszem Wysockim aka Fischerle projektu Mech. Niezmiennie co niedziela o 23 Wolskiego słyszymy również, tym razem z Błażejem Malinowskim w ich autorskiej audycji Fünfte Strasse w Radiu Kampus. Do tego dochodzą jeszcze regularnie grane sety didżejskie oraz publikowane przez różne portale podcasty. W natłoku tych wszystkich zajęć i obowiązków udało nam się jednak złapać Michała na całkiem długą rozmowę.

Miłosz Karbowski: W końcówce grudnia zeszłego roku ukazała się druga odsłona kompilacji Conglomerate. Czujesz syndrom dumnego ojca?

Michał Wolski: Cieszę się, że to wydawnictwo powstało. A czy jestem dumny? Raczej staram się odpuszczać tego typu uczucia, bo myślę, że nie o dumę tutaj chodzi. Rzeczywiście, czuję wielką radość, że udało się zrealizować projekt, który, aby miał taką formę, jaką przyjął, czyli rozwijającej się całości, pełnej zwrotów i posiadającej jasną narrację, wymagał blisko roku pracy. Artyści, których zaprosiłem do projektu, uznani i szanowani przeze mnie twórcy, przedstawiali swoje pomysły, natomiast ja, jako osoba, która to wszystko spinała, miałem przed sobą dość wymagające i czasochłonne zadanie stworzenia spójnej całości. Zdarzało się, że niektóre utwory podmienialiśmy albo dopracowywaliśmy – w efekcie całość była szlifowana i klarowana na przestrzeni wielu miesięcy… Cieszę się jednak, że udało się doprowadzić rzecz do szczęśliwego finału.

Czy przygotowując i wydając w 2014 roku pierwszą edycję Conglomerate, od razu zakładałeś, że ten projekt doczeka się kolejnych odsłon?

Tak, od początku miałem plan, aby co pewien czas przedstawiać to, co w moim odczuciu jest warte uwagi w przypadku muzyki techno. Pierwsza część w całości była poświęcona dub techno, co do którego czułem, że jest zaniedbywane, a szkoda. Po pierwsze, jest to jeden z piękniejszych, jak dla mnie, kierunków w muzyce elektronicznej, a po drugie, jest jednym z bardziej witalnych i otwartych na eksperyment brzmieniowy nurtów. Druga część Conglomerate to zwrot w kierunku deep techno, choć dub jest tu również obecny, pośrednio bądź bezpośrednio.

Seria Conglomerate to pomysł na podsumowywanie i zwracanie uwagi innych na to, co moim zdaniem stanowi wartość w muzyce techno. Zapraszam do udziału w projekcie ludzi, których szanuję, którzy w moim odczuciu reprezentują wysoki poziom, których twórczość chciałbym wspierać.

zdjęcie Przemek Sejwa Studio Wasabi / Materiały prasowe

Jak w takim razie wyglądał dobór artystów do projektu? To była wyłącznie twoja wizja czy prowadziłeś z kimś konsultacje?

Z nikim nie konsultowałem tego pomysłu – w całości zdałem się na własne wyczucie. Zaprosiłem ludzi, z którymi współpracuję, z którymi jestem bardzo blisko oraz tych, których jedynie obserwuję, z którymi łączą mnie więzy czysto muzycznej sympatii. Tym bardziej wielką radość sprawiło mi otrzymanie odpowiedzi w formie „Tak, chętnie wezmę udział w tym projekcie” od muzyków, do których się zwróciłem.

Zależało mi na przedstawieniu konkretnej wizji, zatem od początku było dla mnie jasne, że będę się starał o to, aby na kompilacji znaleźli się Jacek Sienkiewicz, Fischerle czy Amandra, którzy są mi niezwykle bliscy muzycznie.

Zapraszając do współpracy kolejnych, artystów, nakreślałeś im szczegółowo, czego od nich oczekujesz, czy dawałeś im pełną pulę zaufania, zakładając: „Ufam im, znam ich i wiem, że to, co zrobią, zrobią dobrze”?

Ufałem im w pełni i dlatego też wyraziłem względem tych osób swoją prośbę o współpracę. Właśnie dlatego, że ich szanuję, cenię i mam do nich pełne zaufanie, nie było tutaj mowy o żadnym nakierowywaniu. Jedyne, o co prosiłem, to aby zrealizowali w pełni swoją rzecz. Oczywiście wspomniałem też o tym, aby skupić się na eksploracji okolic deep czy dub techno – ale to było tak naprawdę jedyne, co ustaliliśmy.

O kompilacji Conglomerate 2 powiedziałeś, że jest próbą ukazania różnych odcieni techno. Myślisz, że ten gatunek nadal ma się dobrze czy powoli odchodzi? Wiele osób wieści rychło zbliżający się koniec techno w obecnej formie…

Techno, które nie poszukuje, odejdzie – tak jak każde zjawisko muzyczne. Nie boję się jednak absolutnie o dobre techno i o dobrą muzykę – a za „dobre” rozumiem właśnie te formy, w ramach których dokonywana jest zmiana paradygmatu, w których ujawniane są poszukiwania. Wierzę w to, że jako twórcy, wydawcy czy kuratorzy będziemy mieli odwagę sięgać po coraz to nowe rozwiązania bądź też dekonstruować „stare”, interpretować je na nowo i tym samym wskrzeszać, nadawać im świeżą jakość. Moim zdaniem to wystarczy, aby następował rozwój, aby panowała świeżość. A o to tu chodzi.

Wątpliwości, o których wspominasz, mają według mnie swój korzeń w fakcie, że wielu artystów – tak naprawdę wszelkich nurtów – zbyt często i zbyt wiernie podąża za swoimi idolami, tworząc muzykę wtórną, nieświeżą, właściwie powielającą samą siebie. O takie techno faktycznie można się martwić… Na szczęście jest cały zastęp twórców, którzy mają odwagę i kombinują. Myślę, że jesteśmy w dobrych rękach.

Moją uwagę bardzo mocno przykuła długość kompilacji. W czasach, kiedy ludzie najczęściej pomijają tekst, którego przeczytanie zajmie więcej niż 5 minut, wydanie albumu, który trwa ponad godzinę, jest chyba dość ryzykownym posunięciem… Nie myślałeś o tym, by podzielić materiał na dwie części?

…lub nawet na trzy. Sugerowano mi to, ale pozostałem wierny pierwotnej idei stworzenia czegoś, co ma początek i koniec, czegoś, co rozwija się w czasie i jest przez to na swój sposób wymagające. Jestem oczywiście gotów uwierzyć, że dzisiaj słuchanie 78-minutowej płyty jest pewnym wyzwaniem…

Wyobraziłem sobie jednak, że jeżeli ktoś już zechce poświęcić swój czas, aby zapoznać się z płytą, to będzie miał okazję do wejścia w relację z pewną kompletną narracją, która wskazuje treść pełną barw i emocji. Tam naprawdę dużo się dzieje! Zebrane utwory pokazują zupełnie różne oblicza muzyki techno. Każdy z artystów podchodzi do tematu w zupełnie inny sposób, każdy ma zupełnie inny pomysł na powoływane przez siebie do życia formy.

Wielokrotnie przysłuchiwałem się projektowi płyty od początku do końca – i mimo różnych sugestii, również odnoszących się do kwestii ekonomicznych, pozostałem wierny idei, że ma być właśnie tak, jak jest, że opowiadanie ma przyjąć dokładnie taką formę i że ma trwać dokładnie tyle. Jeżeli ktoś będzie rzeczywiście chciał udać się na tę „przechadzkę”, doświadczy krętej wędrówki, podczas której natknie się na nietypowe, medytacyjne, hipnotyczne, a przy tym pełne życia wizje. Kontekst całości pozwala też spojrzeć na muzykę techno jako na bardzo różnorodne zjawisko. Zwyczajnie nie miałem wyboru…

Nie obawiałeś się tego, że słuchacz po przesłuchaniu kilku utworów, przytłoczony długością materiału, zwyczajnie odłoży go na półkę?

Obawiałem się ze względu na fakt, że płyta, choć meandruje, owszem, to jednak na bardzo subtelnym poziomie. Mówimy tu bowiem o muzyce, powiedzmy, „cielesnej”, rytmicznej, repetytywnej, w pewnym sensie mechanicznej, zachęcającej do działania. Ma ona jednak również drugie dno – to twórczość ze wszech miar kontemplacyjna. Właśnie przez to, że ujawniają się te dwa obszary, przemogłem wątpliwości, że całość będzie zbyt trudna do przyswojenia. Mam poczucie, że ze względu na walory poznawcze warto było zamknąć projekt dokładnie w takiej formie.

Kompilację otwiera utwór twojego autorstwa. Szukając analogii, można go traktować trochę jak słowo od wydawcy zamieszczane na początku książek, swego rodzaju intro, przygotowane przez ciebie, a więc osobę znającą cały materiał i wiedzącą najlepiej, jak wprowadzić do niego słuchacza i otworzyć historię, narrację, o której wspominałeś.

Cieszy mnie to, że tak do tego podchodzisz, bo tak właśnie jest. Jestem kuratorem tego projektu i jego wydawcą – to słowo wstępu i zaproszenie do przyjęcia wygodnej pozycji…

Conglomerate nie jest dla mnie zestawem utworów – traktuję ten projekt jako zamkniętą, w pełni przemyślaną całość. Ustalenie kolejności nagrań zajęło mi bardzo dużo czasu. Wiedziałem przy tym tylko tyle, że mój znajdzie się na początku, bo miał stanowić wprowadzenie, otwarcie dalszego biegu zdarzeń. Utwór, który przygotowałem, jest utworem cichym i w pewnej mierze delikatnym – jednocześnie ma w sobie dość mocną energię… a przynajmniej ja tak go rozumiem. To miało być coś, co znajduje się nie bez powodu na początku…

Nie kusiło cię w takim razie, żeby przygotować też zakończenie?

Kusiło mnie, ale weszły tu w grę kwestie związane z ego – pomyślałem, że byłoby mnie już za dużo w tym projekcie. Z „pomocą” przyszły też ograniczenia długości nośnika. Płyta pozwala bowiem na nagranie 80 minut muzyki, a tu mamy 78. Pozostańmy jednak przede wszystkim przy tym pierwszym powodzie – chodzi o to, że byłoby mnie za dużo, tymczasem wystarczy tyle, ile jest.

Niewątpliwą siłą kompilacji takich jak Conglomerate jest to, że każdy z kilkunastu artystów biorących udział w tym przedsięwzięciu ma swoją grupę słuchaczy. Jest to spore ułatwienie pod kątem zaprezentowania finalnego efektu jak największej liczbie potencjalnych odbiorców, także pod kątem marketingowym. Z drugiej strony te grupy odbiorców poszczególnych artystów często nie pokrywają się, przez co fani jednego z twórców mają szansę odkryć kolejnych. Dostrzegasz w tym projekcie także walor edukacyjny właśnie w tym wymiarze?

Odnosząc się do pierwszej części pytania, rzeczywiście tak jest. W zgodzie z teorią, jeżeli mamy dwunastu artystów, prawdopodobieństwo, że więcej odbiorców dotrze do projektu, w którym ci biorą udział, jest bez wątpienia większe – absolutnie tak. Natomiast druga część pytania – o walory edukacyjne – odnosi się do pierwotnej i najważniejszej misji, którą założyłem. Conglomerate wskazuje moje obecne rozumienie muzyki techno i to, co mnie najbardziej w nim pociąga, czym chcę się dzielić.

Misja poniekąd kulturotwórcza jest w tym projekcie najsilniejsza. Kolejne części kompilacji będą uruchamiane wtedy, gdy poczuję, że nadszedł właściwy moment, że oto ujawnia się na horyzoncie coś, co można i należy pokazać w szerszym kontekście.

Odbiegając od Conglomerate, chciałbym też zapytać o inny związany bezpośrednio z tobą projekt, czyli współtworzony z Mateuszem Wysockim (Fischerle) Mech. Słyszałem, że przygotowujecie kolejny materiał…

Przygotowujemy coś w zasadzie na okrągło. Kiedy rozpoczynaliśmy współpracę z Mateuszem, zaczęliśmy od dekonstruowania dub techno. Cała pierwsza epka pt. Plaits, wydana w Minicromusic, prezentowała typowo dekonstrukcyjne podejście do dub techno. Wzięliśmy pod lupę gatunek, który obu nam był bliski i postanowiliśmy wywrócić go na drugą stronę. Druga epka wydana w Resopal Schallware na winylu to już znacznie bardziej abstrakcyjna wizja, w której dub jest obecny, ale jest tam równie dużo abstrakcji i eksperymentu. Trzecia płyta, a właściwie kaseta, która wkrótce będzie wydana i o którą zapewne pytasz, ukaże się nakładem Father and Son Records Maćka Sienkiewicza. To jeszcze bardziej abstrakcyjne podejście do tematu… Właściwie cały Mech to próba, poszukiwanie, kombinowanie, przekraczanie.

Jest też jeszcze inny materiał, nad którym pracujemy. Niedawno przeprowadziliśmy dość długą sesję na dwa syntezatory modularne, które budujemy – ja swój, Mateusz swój. To poniekąd flirt z techno, ale równie odległy i abstrakcyjny. Temat jest już w pewnej mierze zaawansowany, zatem myślę, że za kilka miesięcy będzie gotowy. Jesteśmy dość konsekwentni – to, co planujemy, ogląda w końcu światło dzienne, zatem i w tym wypadku powinno być podobnie.

Twoje nazwisko pojawia się ostatnio wyjątkowo często również w kontekście materiałów innych artystów. Jednym z nich jest wydany nakładem Recognition album Bartosza Zaskórskiego…

To świetny album!

Ty ten album masterowałeś. Powiedz, jak znajdujesz na to wszystko czas i jednocześnie jak udaje ci się utrzymać świeżość umysłu, żeby wszystko, w co jesteś zaangażowany, nie zlewało się ze sobą?

To są kwestie miłosne. Zwyczajnie kocham to, co robię, zatem zachowuję się tak, aby znajdować na to czas. Mówimy tu o mojej życiowej, a raczej „życiodajnej” – to chyba najlepsze słowo – aktywności.

W momencie, gdy Jacek Sienkiewicz zapytał mnie, czy podejmę się masteringu płyty, nie wyobrażałem sobie, aby odmówić – raz, że niezwykle cenię Jacka, a dwa, że płyta Bartka to naprawdę świetny materiał. Cieszę się więc, że mogłem przy nim pracować.

Dodatkowym walorem w przypadku Bartosza są aspekty wizualne. W przypadku materiału wydanego w ubiegłym roku przez Audile Snow na karcie SD były to klipy, tu są to grafiki…

Bartek przygotował też okładkę płyty Hideland Jacka Sienkiewicza, jak również całą identyfikację wizualną albumu La Mer mojego autorstwa, który został wydany przez Jacka i Recognition Records niespełna rok temu. Współpraca Recognition oraz Bartka trwa i myślę, że wychodzi obu na dobre – to są naprawdę świetne prace.

Te liczne współprace między muzykami w szeroko pojętej działce elektronicznej są bardzo budujące. W końcówce ubiegłego roku razem z kilkoma innymi polskimi artystami udałeś się na daleki wschód, do Shenzen w Chinach, by tam wystąpić na festiwalu ChoP. Czy odbiór muzyki przez tamtejszą publiczność różni się od recepcji polskiej publiczności?

Zdecydowanie różni się – ale nie „in plus” czy „in minus”. Po prostu różni się ze względu na fakt, że w Chinach dostęp do tego typu brzmień jest znacznie trudniejszy. Tego typu muzyka nie funkcjonuje tam tak stabilnie, nie jest tak zakorzeniona jak w Europie. Nurt muzyki noise’owej, ultraeksperymentalnej jest nieźle rozwinięty i działają tam naprawdę ciekawi artyści, którzy tworzą niezwykłe rzeczy, ale muzyka techno, którą zawiozłem tam poza eksperymentami mojego autorstwa, jest jednak czymś, co dopiero daje się poznać.

W niektórych miejscach czuć było, że jest to zjawisko świeże dla słuchaczy – i przez to choćby wzbudzało wielkie zainteresowanie. Chociaż nie było oczywiście tak, że ludzie zupełnie nie wiedzieli o co chodzi – nic z tych rzeczy. W Shenzhen nie ma jednak mowy o dwóch czy trzech imprezach techno w mieście w ciągu jednego weekendu – a to choćby w znacznym stopniu rzutuje na sposób odbioru i „kondycję” publiczności.

W czasie dwóch wydarzeń głównych festiwalu, które odbywały się w obszernej sali koncertowej, kiedy to graliśmy na świetnie zestrojonym systemie Funktion One, był full. Graliśmy wtedy bardziej ambientowo, eksperymentalnie – choć elementy techno było również przemycane… – i do końca w oczach ludzi widać było głębokie zainteresowanie.

W takim razie może właśnie w tym kierunku, a nie w stronę mitycznego już Berlina powinni zwrócić się artyści związani ze sceną techno i nie tylko?

Zależy czego się szuka w swojej twórczości. Na pewno jest tak, że kierunek wschodni to świeżość. Na mitycznym Zachodzie właściwie ciężko jest czymkolwiek zaskoczyć, ponieważ jest to bardzo nasycona przestrzeń… Z drugiej strony choćby wspomniany Berlin jest wciąż miejscem, które oferuje różnorodność i koncentrację, jakiej nie ma chyba nigdzie indziej na świecie – jeśli oczywiście mowa o techno – i to ludzi przyciąga.

Ja jednak czuję, że warto pozostać w Warszawie – czy innych miastach naszego kraju. Jest tu wielu ludzi, którzy mają świetne i świeże pomysły, działają i stanowią inspirujące przykłady – jest kogo i co wspierać, jest z czego czerpać. Sprawia mi autentyczną radość obserwowanie tego, jak wielu ciekawych twórców i kuratorów tworzy w różnych miejscach kraju nad Wisłą interesującą muzykę i przestrzeń. Bycie blisko tego i zaglądanie temu prosto w oczy ma dla mnie wielkie znaczenie.

Koniec końców, mówimy tu jednak o muzyce, która nie ma wiele wspólnego z granicami – tym bardziej w świecie zdominowanym przez łącza internetowe. Z uwagi na ten ostatni wątek moglibyśmy tak naprawdę równie dobrze pominąć kwestię „geograficzną” w naszej rozmowie… tymczasem temat co raz wraca.

Komentarze

komentarze