BEZ WĄTPIENIA RODZIMA SCENA IMPRO PRZEŻYWA W OSTATNICH LATACH ZAUWAŻALNY  ROZKWIT I KONSEKWENTNIE PROWADZI DIALOG Z RESZTĄ ŚWIATA. ADAM GOŁĘBIEWSKI DOPIERO CO ZASZCZEPIŁ W POZNANIU ODROBINĘ LIBAŃSKICH WPŁYWÓW ZA SPRAWĄ SHARIFA SEHNAOUI, A TERAZ PREZENTUJE EFEKTY WSPÓŁPRACY Z LEGENDĄ GITAROWEJ AWANGARDY THURSTONEM MOOREM.

AUTOR: Thurston Moore / Adam Gołębiewski
TYTUŁ:  Disarm
WYTWÓRNIA: Endless Happiness
WYDANE: 
6 grudnia 2017


W wyniku determinacji, ale też szczęśliwego zbiegu okoliczności, w roku 2013 zbiegły się artystyczne ścieżki byłego lidera Sonic Youth i poznańskiego improwizatora perkusji. Muzycy wspólnie z Yoko Ono wystąpili podczas trzeciej edycji Festiwalu Transatlantyk. Wydarzenie miało wyjątkowy charakter i zostało entuzjastycznie przyjęte przez poznańską publiczność. Ważniejsze jest jednak to, że w następstwie wspomnianego koncertu, narodził się swoisty głód współpracy na linii Moore-Gołębiewski – głód, który okazał się na tyle silny, że po kilku miesiącach artyści zagrali w Polsce kilka wspólnych koncertów. Zarejestrowany podczas występów materiał, pod koniec ubiegłego roku trafił do słuchaczy w postaci albumu CD i podwójnej płyty winylowej, a wszystko za sprawą stołecznego wydawnictwa Endless Happiness.   

Będąc na bieżąco z aktywnością Moore’a w ramach najróżniejszych składów i duetów, można stracić poczucie pewności w rozpatrywaniu tego, co wciąż jeszcze nazwać możemy poszukiwaniem nowych dróg ekspresji, a tym co zaczyna przypominać jedynie wypracowaną wcześniej koleinę. W roku ubiegłym, fonograficzny dorobek byłego lidera Sonic Youth –oprócz współpracy z Gołębiewskim – powiększył się o dwie inne i różnorodne stylistycznie improwizacje nagrane w duecie. Pierwsza z nich to pełna zgiełku i niekontrolowanej ekspresji płyta Dunia – zarejestrowana na dwie gitary, wspólnie z tureckim multiinstrumentalistą Umutem Çağlarem. Druga to przepełniona retrospektywnym charakterem i w mojej ocenie bardzo udana współpraca z brytyjskim perkusistą Charlesem Haywardem. Disarm tylko z punktu widzenia użytego instrumentarium bliższe jest drugiej z wymienionych płyt. W istocie jednak – dzięki wewnętrznej frenetycznej naturze – album ten wywindowany został na całkowicie odmienną i odległą orbitę, która skupiona została wokół tego co w twórczości Adama Gołębiewskiego cenię najbardziej, poszukiwań faktur dźwiękowych gęsto uwikłanych w rytmiczne, a także całkowicie arytmiczne struktury.

Zamykanie improwizowanych form w ramach powtarzalnych dla odbiorcy kompozycji zawsze niesie ze sobą ryzyko utraty naturalnego zapalnika, jakim niewątpliwie jest pierwsze uderzenie w bęben czy szarpnięcie gitarowej struny podczas występu na żywo. Panowie niwelują to ryzyko profesjonalnie wykonywaną pracą, która wiąże się również z utrwalaniem wyjątkowych spotkań i momentów wymiany scenicznych emocji twórczych. W przypadku Disarm mamy do czynienia z czymś więcej niż tradycyjnie pojmowaną płytą zawierającą rejestrację koncertu czy też kameralnym występem przed publicznością. To próba uchwycenia pewnego procesu twórczego, będącego efektem długofalowej współpracy.

Wspólny album Moore’a i Gołębiewskiego jest udany na tyle, na ile określająca go pierwsza i zarazem tytułowa kompozycja „Disarm”. Pierwsze jedenaście minut albumu porusza wątki najbardziej przekrojowe, zahacza o brutalnie potęgowany chaos, a jednocześnie daje początki narodzinom dynamiki współzależności na linii obu instrumentów, aby w finale pozostawić przestrzeń dla kilku onirycznych i subtelniejszych oddechów. Nie oznacza to, że kompozycja otwierająca wyczerpuje potencjał albumu. Pozwala lepiej go odkrywać i podświadomie wyszukiwać momentów wspólnych na dystansie następnych trzydziestu-kilku minut. Punkty o zbieżnej estetyce wykorzystywane są przez obu muzyków z pełną premedytacją, która w kompozycji „Distend” przybiera formę najbardziej akademickiego podejścia do improwizacji, świadomie kierującego odbiorcę na ścieżkę konsekwentnie budowanej dynamiki, z której wyzwolić może nas tylko stopniowe tonowanie pierwotnych popędów. Zupełnie przeciwnie sytuacja przedstawia się w utworze „Distract”, w którym to umiarkowanie zakłócany przekaz – przy odrobinie produkcyjnych sztuczek – mógłby stać się manifestem na miarę Salmon Run Grahama Lambkina. Ba! Mógłby wykroczyć znacznie dalej, bo w swej surowej formie – gitarowe pląsy Moore’a i nieustannie poszerzane spektrum dźwięku  generowanego przez zestaw perkusyjny Gołębiewskiego, nieśmiało, ale jednak otwierają drzwi do całkiem nowego spojrzenia na treść i estetykę w twórczości improwizowanej, a zarazem i konceptualnej. 

Disarm porównać można do urywanego scenariusza filmowego, w którym to skromna i niezależna historia staje się nie tylko ucztą dla wyobraźni, ale może przede wszystkim dla zmysłów. Mnóstwo tu spontanicznego napięcia, mieszaniny strachu i zachwytu, standardów i momentów intrygujących świeżością. To bardzo udane połączenie dźwięku i stojącej za nim wizji stanowi jedynie próbkę sił z całego morza niewypowiedzianych dotąd przez obu artystów dźwiękowych pejzaży potrafiących wzbogacać świat muzyki improwizowanej. Album nie jest wolny od kalkowania poprzedników i mistrzów gatunku, nie stanowi wybujałego kroku w przepaść rozbudzonych ambicji, tak samo jak nie próbuje udowadniać słuszności obranego kierunku działań. Jest za to potwierdzeniem kilku spotkań scenicznych, które wydarzyły się pomiędzy dwójką pełnoprawnych muzycznie partnerów i dobrych przyjaciół. Gorąco polecam odkryć lub wrócić do tego wydawnictwa po raz kolejny.

NASZA SKALA OCEN!

A JAK OCENIAMY?
8FYHOWA OCENA

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: