WYTWÓRNIA: 14th Floor Records
WYDANE: 13 kwietnia 2015
WIĘCEJ O: The Wombats
INFORMACJE O ALBUMIE

Panowie z The Wombats w niewielu, lecz iście hitchcockowskich ruchach zbudowali napięcie wokół premiery swojego ostatniego wydawnictwa. W ponad dwa lata po wypuszczeniu This Modern Glitch, fani śledzący facebookowy profil grupy łamali sobie zapewne głowy nad tym, co oznacza hash #yourbodyisaweapon. To tytuł nowego albumu, kolejny singiel czy ki diabeł? Wątpliwości rozwiały się już wkrótce potem, gdy już było jasne, że chodzi o kawałek z nadchodzącej płyty. Oficjalnie Glitterbug ujrzał światło dzienne na wiosnę 2015 roku, co można było odczytywać między innymi tak: styl Wombatów przeszedł istotną transformację. Pytanie tylko, czy na dobre mu to wyszło. Recenzje zachodnich portali muzycznych przemawiałyby raczej na rzecz przeciwnej tezy. Jasne, kwestia gustu – można się zgadzać, albo i nie. I właśnie z prawa do tego drugiego mam zamiar skwapliwie skorzystać, bo uważam, że Glitterbug wnosi zupełnie nową, świetną jakość do twórczości Wombatów

Już po pierwszej minucie „Give me a try” mój dotychczasowy sceptycyzm (nie byłem bowiem szczególnym fanem twórczości chłopaków z Liverpoolu) zamienił się w rosnącą ciekawość. Wombats zaprezentowali spójny album, na który mieli pomysł. Dzięki odejściu od szablonowych, gitarowych riffomelodyjek, schematycznej perkusji i basu, postawieniu na syntezatory i zróżnicowaną rytmikę, Glitterbug wyróżnia się spośród ogromnych ilości kawałków muzyki indie. Oczywiście taka dance–rockowa wolta ma swoje dobre i złe strony. Do tych pierwszych można zaliczyć z pewnością odświeżenie brzmienia. Wśród przeciwników takiej zmiany być może znajdą się ci, którzy pewnie stwierdzą, że nowi The Wombats są banalni i mało wymagający. Nie jest to moje zdanie – staram się tylko wejść w cudzą skórę.

Pierwszy singiel ujawniony publice, czyli „Give me a try”, to perfekcyjny kawałek, żeby zacząć płytę. Dziwię się, że znalazł się na niej na drugim miejscu po bezpłciowym „Emoticons”, ale i tak dobrze, że można go nadal uważać za utwór na otwarcie. Dynamicznie grane na syntezatorach akordy kojarzą się nieco z mocnymi odbiciami od ziemi piłki do kosza, dzięki czemu piosenka nabiera skoczności. Murph sięgnął po nowe rozwiązania brzmieniowe na gitarze, używając efektów, które łatwo pomylić z synthami.

„Greek Tragedy” nie różni się koncepcyjnie zbytnio od swojego poprzednika, ale po jego wysłuchaniu w uszach wybucha istna petarda jaką jest „Be your shadow”. Mamy tu dynamiczny riff grany na przystrojonej efektem gitarze (tak przynajmniej sugerowałoby wideo koncertowe) i ostro szarpany bas. Dodajmy do tego krótkie, dynamiczne frazy instrumentów i porównanie do petardy wydaje się całkiem uzasadnione. Do tego jest jeszcze teledysk o zapaśnikach (i banalna interpretacja pt. „to piosenka o miłości” odpada, nie?). Głowa rozwalona.

„Headspace” stanowi (być może nieświadomy) ukłon w kierunku White Lies z płyty To Lose my life. Od pierwszej nuty wita nas jednostajny, warczący loop, przypominający linię basu, którą znamy z wielu dzieł spod szyldu „Białych kłamstw” (vide np. „Death”, „To loose my life”, „Farewell to the Fairground”). To, plus wzbogacony o rozjaśniające brzmienie syntezatorów refren (choć ich rola nie ogranicza się tylko do refrenu) sprawia, że kawałek do złudzenia przypomina synth pop z lat królowania New Romantic. Murph śpiewa o tym jak nie może zapomnieć o dawnej miłości, chłopaki dośpiewują chórki – przyjemnie się tego słucha.

Kolejnym punktem programu, na który warto zwrócić uwagę jest „Isobel”, która wydaje się z zupełnie innej bajki. Zgodnie z pierwszymi słowami piosenki – „dwa bilety do króliczej nory proszę” – Murph śpiewa na bardzo oszczędnym, marzycielskim podkładzie elektroniki. Nie robi to takiego wrażenia jak poprzednie, świetne pozycje na płycie, trochę irytuje rozwlekłością, ale chociażby z tego powodu, że jest wolniejsze i prostsze, można na to zwrócić uwagę.

Ostatnia piosenka, na którą chciałbym zwrócić szczególną uwagę, to „Curveballs”. Pierwsze nuty tego kawałka przeniosły mnie do dawno minionego roku, kiedy po raz pierwszy usłyszałem MGTM i ich „Electric Feel”. Skojarzenie przerywa gwałtownie wejście gitary i, po chwili, wokalu. Bardzo regularnie zbudowany, chwytliwy numer, który może się trochę kojarzyć z melodyką dalekowschodnią. Ani się obejrzeć, już podśpiewujemy pod nosem and I can’t keep keeping up with these curveballs.

W porównaniu do poprzednich albumów, np. Guide to love, loss & desperation, Glitterbug wydaje się partią materiału nagraną przez zupełnie inny zespół. Muzycy wydali się dojrzeć i odejść od szkolnego indie na rzecz bardziej przemyślanego projektu – projektu bogatszego dźwiękowo, dynamiczniejszego i z bardziej chwytliwą melodyką. Oczywiście trudno wszystkich zadowolić: niektórzy, zwłaszcza zwolennicy tradycyjnego indierockowego instrumentarium mogą uznać Glitterbug za album przekombinowany albo za niepotrzebną pop-rockową hybrydę. Mam jednak nadzieję, że chłopcy postanowią utrzymać tę estetykę i kolejnym albumem pokazać, że ich ostatnie dzieło nie było przypadkiem.

A JAK OCENIAMY?
8FYHOWA OCENA

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: