AUTOR: Caren Coltrane Crusade
TYTUŁ: The Bell
WYTWÓRNIA: Lynx Music
WYDANE: 4 stycznia 2016

Sporo o The Bell opowiedziała Marzena Wrona, wokalistka i autorka tekstów Caren Coltrane Crusade, w ramach naszych Czynników pierwszych. Stąd nie ma sensu rozwodzić się tutaj nad treścią utworów, ich znaczeniem czy procesem twórczym. To zostawmy Marzenie w tamtym tekście. Tutaj skupmy się na muzyce, jaka znalazła się na debiutanckim albumie CCC.

Z miejsca informacja: nie będzie słodzenia, jak to czasem ma miejsce na innych stronach; że to taki innowacyjny i magiczny album, że wchodzi w świat snu. Normalnie gwiazdka z nieba. Co to, to nie. The Bell ma kilka mankamentów, największym jest jednak długość. Bo The Bell to płyta momentami przydługa i nagrana, co tu ukrywać, na jedno kopyto. Niektóre nagrania darowałabym sobie, zostawiła w spokoju. Na przykład „Wars”, które nie wnosi nic szczególnego do albumu, czy „Unicorn”, które w towarzystwie mocnych sąsiadów po prostu blaknie i nie wyciąga się z niego żadnych wartych uwagi bodźców.

Co innego z pozostałą zawartością, gdzie Caren Coltrane Crusade tworzą swoją rozmytą, ambientową narrację opartą na wokalu Marzeny Wrony. Ten naprawdę może kojarzyć się z manierą Björk, zresztą to to samo muzyczne poletko co u Islandki, przynajmniej kilka ładnych lat temu. CCC uderzają w te senne pejzaże, Kluczem The Bell, poza tym dzikim i chaotycznym śpiewem, są klawisze i elektronika, za które także odpowiada Wrona. Perkusja Piotra Abrahama, zazwyczaj stonowana, momentami otrzymuje ogromnej siły, jak w przypadku „Trace of Human”, gdzie muzycy dają upust swoim muzycznym fantazjom i frustracjom. Ta wspomniana elektronika, wespół z dzwoneczkami, na albumie dość kluczowymi, chociażby ze względu na tytuł płyty, rządzą. Gitara Marka Kaczerzewskiego, pewnie, widoczna, ale raczej tło do śpiewu i syntezatora, perkusja, poza wybijaniem rytmu i także tworzeniem tła – również blaknie. The Bell i cały projekt Caren Coltrane Crusade obracają się wokół Marzeny. To plus i minus, bardziej zaleta.

Zaleta także dlatego, że te piosenki są raz że chwytliwe, dwa, że po prostu miłe. Nie są absorbujące, nie wymagają aż takiego skupienia słuchaczy, jak w projektach eksperymentalnych, free-impro czy innego rodzaju ambiencie. To komercja, ale komercja w dobrym znaczeniu. „The Kitchen Table” zbudowano na szczególikach, na pojedynczych partiach gitary, na urokliwych dzwonach i na klimatycznej, dawkowanej perce. „The Bells” to z kolei raczej postawienie na bit maszynę, szamańskie, rwane wokale i nordycko-popowe klawisze. Wspomnienia wymaga także „The End of All”, kumulacja wszystkich emocji udostępnianych podczas słuchania The Bell. Długie wokale, patetyczna melodia, która rośnie wraz z utworem, napięcie sięgające zenitu, że się tak wyrażę. Udane zamknięcie i także wizytówka płyty.

The Bell ma ogromny komercyjny feeling. Ta płyta nawiązuje stylistycznie do tego, co w Polsce się kocha – rozmytej elektroniki z tą dozą „skandynawskiego powiewu”. Jeśli debiut Caren Coltrane Crusade trafi w ręce Piotra Stelmacha lub Agnieszki Szydłowskiej, trio ma szansę na to, by zaistnieć w świadomości słuchacza. Bo gdyby The Bell nagrała jakaś Kari czy Bokka, sukces byłby murowany. A że jest to świeżak na scenie…? To kto wie, kto wie.

A JAK OCENIAMY?
6.5FYHOWA OCENA

Komentarze

komentarze