Trzy albumy, dwie wytwórnie, jeden Varg. Opisujemy Sky City: A Weak Heart to Break, Sky City: Even in the Heart of Heaven, Angels Can Still Feel Fear oraz Evanesence (A Love Letter).

„Techno nie żyje. Jest trupem” – takie przesiąknięte dystopią komentarze powracają niemal co sezon, podobnie jak kolejne zapowiedzi końca świata. Mija jednak tydzień albo dwa, kiedy orientujemy się, że świat wcale nie uległ zagładzie, a denat w dziwny sposób ożył, podniósł się z kolan i kroczy prężnie do przodu. Czy to krwawy przypadek rodem z „Santa Clarita Diet” albo „Dnia Żywych Trupów”? Sądząc po niemrawych podrygach – niewykluczone. Nie da się ukryć, że klasyczne 4/4 schodzi w przestrzeni klubowej na coraz dalszy plan, a nowym inicjatywom, nawet tym najlepiej rozpisanym pod kątem marketingowo–wizerunkowym, zwyczajnie brakuje wizji. Gdyby jednak techno rzeczywiście miało skończyć się właśnie teraz, a następnie zostać wymyślone na nowo, kandydat do tego zadania w zasadzie mógłby być tylko jeden – Jonas Rönnberg.

Częstotliwość, z jaką Varg wydaje kolejne materiały może nie mogłaby jeszcze konkurować z twórcami „Na Wspólnej”, ale doskonale potwierdza teorię, którą z wypiekami na twarzy wizualizuje sobie każdy kołcz i instagramowy motywator – ograniczenia tkwią wyłącznie w nas samych. Ten ocierający się o Himalaje banału truizm w przypadku Rönnberga zyskuje jednak dodatkowy walor – biorąc pod uwagę, że do pewnego momentu w nagrywaniu muzyki posługiwał się on (z pełną premedytacją) głównie iPhone’em/iPadem oraz systemową aplikacją do klejenia i korekty plików audio. Jak sam deklaruje, bez większych trudności może nagrać album w ciągu jednego dnia, chociaż równie dobrze może rozwlec ten proces do kilku miesięcy. Zawsze jednak zaczyna proces twórczy z gotową wizją, uważając dłubanie w materiale za stratę czasu. Wizja w przypadku Varga to w zasadzie kluczowe pojęcie, bo w najbliższej muzycznej okolicy trudno obecnie o artystę równie mocno oddanego własnej koncepcji twórczej, nie stroniącego od niepopularnych wyborów i zaskakujących form. Rönnberg ma to wszystko, potrafi bawić się wizerunkiem, a przy tym nie uważa tego za nic niezwykłego. Smart guy. Obezwładniającą lekkość w tworzeniu nowych muzycznych projektów doskonale widać, kiedy zerkniemy do jego dyskografii. Po zdaje się rekordowym pod tym względem 2018 roku (kilka solowych materiałów pod różnymi aliasami, epka jako FLORA z AnnaMelina, album jako The Empire Line, wspólny album z Croatian Amor), Varg z impetem wszedł w pierwszą połowę 2019. I chociaż jest dopiero połowa maja, Rönnberg zdążył wydać trzy materiały – LP i dwie epki, które z powodzeniem już teraz, awansem, można umieścić na wszystkich trzech miejscach podium w sekcji poszukująca elektronika. A to nie wszystko, bo marcu ukazał się też album Razor Mesh Fencing Ulwhednar – wspólnego projektu Varga i Anthony’ego Linella.

Evanesence (A Love Letter) to wielki powrót Varga do Posh Isolation, obchodzącego w tym roku 10 rocznicę funkcjonowania. Trzeba przyznać, że prowadzony przez Christiana Stadsgaarda label nie mógł wymarzyć sobie lepszych urodzin (nie tylko dzięki Vargowi – pokłony należą się również za Avatar In Life Internazionale). Wymykający się tylnymi drzwiami z ambientowego podwórka, przepełniony trzaskami utwór „100 plants fell to the ground (1990)” i podsycany nieregularnym bitem „A burst of Cupids arrows cutting through the air, putting fire to the sky”, chociaż wywołują ciarki na plecach, to ledwie przedsmak tego, co czeka nas parę minut później. Patrząc przekrojowo na twórczość Varga, trudno raczej dojść do wniosku, że jego największą prywatną zajawką jest solidnie doprawiony autotune’em trap. Nagrany wspólnie z pochodzącym ze Sztokholmu Bladee „Perfect Violation” daje upust tej fascynacji, będąc jednocześnie punktem zwrotnym przed drugą częścią materiału, w której – jak na rasowym mikstejpie – pojawia się cała plejada gościnnych występów. Puce Mary, coucou chloe, Ziúr, AnnaMelina, Ruby Aldrige, Erik Karlsson – stężenie kreatywnej energii przyjmuje tu niebezpieczne wartości, chociaż trzeba przyznać, że Varg posłużył się dość nieoczywistym kluczem. Z takim zbiorem osobliwości, utrzymanie materiału w ryzach było nie lada wyzwaniem. Udało się z nawiązką. Przykład? Kładący na łopatki „Crush_Melt”. Recytowane partie mieszają się tu z autotune’owymi wstawkami i synthową rzeźnią. Mało? „Dog Days” dokłada kolejną cegiełkę do misternie skonstruowanej superteorii chaosu. W tym szaleństwie jest jednak metoda. Inaczej, po przesłuchaniu nie targałyby nami na przemian panika, euforia i apatia. Ogromna w tym zasługa zamykającego album utworu „Tear It (End)”, który wdziera się do naszej świadomości z gracją stomatologicznego wiertła. Soniczny obłęd.

Twórczość Varga to jednak przede wszystkim Northern Electronics, które współtworzy razem z Anthonym Linellem (aka Abdulla Rashim). Tam też ukazały się w pierwszym tygodniu maja dwie epki z cyklu Sky City, będące swoistą dekonstrukcją techno, względem którego Rönnberg wielokrotnie wyrażał swój ambiwalentny stosunek, bezpardonowo wbijając szpilę w kulturę, jaką obrósł ten gatunek. Pierwsza z nich, opatrzoną podtytułem Even in the Heart of Heaven, Angels Can Still Feel Fear to cztery surowe kawałki, które z dużą (jak na Varga) dozą powściągliwości traktują klubowe brzmienia. Otwierające album „Cyclone”, utrzymane w medytacyjnym charakterze, zaskakuje ascetyczną formą. Sytuacja rozwija się niespiesznie, napięcie rośnie zupełnie jak w filmach Bergmana. Co ciekawe, główne motywy twórczości szwedzkiego reżysera – mizantropia, samotność, drastyczna dosadność – to wypisz wymaluj portret psychologiczny Rönnberga. Na tory, które dobrze znamy, wracamy już w utworze numer dwa, a po złapaniu rytmu możemy dryfować z zamkniętymi oczami przez kolejnych dwadzieścia minut.

 

Tak jak o pierwszej z epek można powiedzieć, że dość statecznie trzyma się pewnych ram, tak druga zdecydowanie zrywa z wszelkimi schematami, od pierwszych sekund dając zdecydowany sygnał do puszczenia wodzy fantazji. W tytułowym „A Weak Heart to Break (BD 4-Ever)” pierwotna, rave’owa agresja miesza się z melancholią, tworząc monolit, który nie opuszcza głowy nawet wiele godzin po przesłuchaniu. Nieco kiczowata, trance’owa melodia, wyjęta żywcem z lat, kiedy obecne pokolenie 30-parolatków szybowało pod didżejką z szeroko rozłożonymi ramionami, to w tym przypadku klucz do bram raju. Sam Varg, urodzony w 1990, nie doświadczył apogeum kultury rave, jednak brzmi dokładnie tak, jakby była ona wpisana w jego DNA. Druga epka z serii Sky City w zdecydowanie większym stopniu poszukuje, kluczy między wąskimi uliczkami, wciągając nas za sobą. I kiedy po kilkunastu minutach intensywnych doznań myślimy już tylko o złapaniu oddechu (na który tylko przez chwilę pozwala „This Wretched Light”), dostajemy bez żadnego ostrzeżenia strzał prosto w twarz gabberowym „Spit! / CheatingIntensityBuff_Passionate (Motherlode)”. Oto cały Varg.

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: