Relacja z piątej edycji Lublin Jazz Festivalu.

5-8. 12. 2013
Centrum Kultury Lublin

V Lublin Jazz Festiwal już za nami. Po raz kolejny w Lublinie mogliśmy podziwiać znakomite składy i zespoły z szeroko pojętej jazzowej stylistyki. W ciągu tych czterech dni byliśmy światkami wielu świetnych koncertów, które na długo zostaną w naszej pamięci. Czas więc na podsumowanie całej imprezy, i choć będzie to spojrzenie już z małym dystansem, to jednak emocje wciąż są obecne. Zacznijmy więc od początku.

* * *

Dzień 1

Martin Küchen’s Angles 9

Pierwszy występ, inaugurujący cały festiwal nie zawiódł. Od początku dziewięcioosobowy skład prezentował niesamowicie żywe i energetyczne kompozycje. Gdzieś słychać było duch rockowej energii, ale jednak nie ma wątpliwości, że to właśnie jazz rządził podczas występu Angles 9. Jeśli chodzi o minusy, to muszę zaznaczyć, że praktycznie przez cały koncert bardzo słabo słyszalny był Johan Berhling, a więc bass. Także siedzący za fortepianem Alexander Zethson był momentami niesłyszalny. Jednak żywiołowość całego zespołu zupełnie rekompensowała te niedociągnięcia. Zatem start festiwalu możemy spokojnie uznać za udany. Po koncercie wszyscy uczestnicy zostali zaproszeni na wystawę okładek płytowych Marka Wajdy, co stanowiło ciekawe uzupełnienie pierwszego dnia imprezy.

Dzień 2

Damasiewicz Project

Drugi dzień festiwalu był zdecydowanie najbardziej osobliwy. I nie chodzi nawet o to, że odbywał się 6 grudnia, a więc w Mikołajki. Jednym z głównych bohaterów był szalejący po całej Polsce orkan Ksawery. I to właśnie on sprawił tyle kłopotów muzykom tria Samuela Blasera, że zespół dotarł na miejsce dopiero kilka godzin później. Dlatego właśnie pierwszym koncertem, jaki zobaczyliśmy tego wieczora, był wstęp projektu Piotra Damasiewicza. Na scenie pojawił się kolektyw świetnie rozumiejących się, wybitnych muzyków, którzy zachwycali wirtuozerską grą i przekazem emocji. Przeważała nastrojowa aura (choćby przez dedykację jednego z utworów Nelsonowi Mandeli), ale obok kontemplacyjnego charakteru pojawiły się bardziej eksperymentalne, free-jazzowe kompozycje, w których muzycy pokazywali pełnię swoich wielkich umiejętności. W zasadzie ciężko kogoś wyróżniać, bo cały zespół zagrał znakomicie, jednak najbardziej podziałał na mnie Maciej Obara grający na saksofonie altowym. Biła od muzyka wielka charyzma i pasja, co oczywiście musiało zostać zauważone przez publiczność. Na sam koniec usłyszeliśmy również utwór Obary, potwierdzający kompozytorski talent muzyka. A konkludując już cały występ — mimo złych wiadomości drugi dzień festiwalu zaczął się wyśmienicie.

Samuel Blaser Trio

Po występie projektu Piotra Damasiewicza przyszedł długi czas oczekiwania na trio Samuela Blasera. Mimo kilku godzin opóźnienia (!) wreszcie na scenie lubelskiego festiwalu pojawili się zapowiadani muzycy. Na szczęście to co pokazali sprawiło, że nikt nie miał prawa pamiętać o nerwowym wyczekiwaniu. Ich występ był bodaj najtrudniejszym, najbardziej wymagającym, ale przez to jednym z najbardziej interesujących wydarzeń całego festiwalu. Muzycy co chwila wprawiali publiczność totalnie abstrakcyjnymi figurami, dysonansami i niekonwencjonalnymi rozwiązaniami (perkusista Peter Bruun od czasu do czasu grał nawet tylko rękami!). Paradoksalnie najdziwniejszym momentem była krótka melodyjna partia, gdzie muzycy utrzymali się wreszcie w tonacji. Pozostałe improwizacje były absolutnym mikro-kosmosem, od którego nie można było się uwolnić.

Diazpora

Po tym dość trudnym spektaklu zaserwowanym przez trio Blasera przyszedł czas na zupełną zmianę stylistyczną. Na scenie pojawiła się niemiecka grupa Diazpora, która nie miała litości dla zmęczonej już przecież publiczności i zmusiła ją do bezwarunkowego oddania się szaleńczemu tańcu. Stąd też zniknęły miejsca siedzące wokół sceny, tak, aby zrobić miejsce dla szalejącego tłumu. Może to brzmieć trochę dziwnie, ale gdy napiszę, że momentami pojawiło się nawet pogo (!) i to wszystko miało miejsce podczas festiwalu jazzowego (!!!), to chyba naprawdę ciężko będzie w to uwierzyć. Ale to prawda — chłopaki z Diazpory zawładnęły polskimi fanami fazz bez reszty. Byli absolutnie otwarci, radośni i grali piekielnie chwytliwe numery (setlista oparta głównie na płycie Session II z 2012 roku). Absolutnie szaleństwo i wulkan energii — chyba tak najłatwiej będzie opisać to, co działo się na zakończenie drugiego dnia Lublin Jazz Festiwalu.

Dzień 3

Tribute To Jerzy Milian

Przedostatni dzień imprezy rozpoczął się od prawdziwego hołdu dla wybitnego muzyka jazzowego i wibrafonisty, Jerzego Miliana. Jednak ci, którzy spodziewali się jakiegoś patetycznego i nudnego wydarzenia srodze się zawiedli. Od początku zespół dowodzony przez Bernarda Maseliego (wartość dodaną stanowiła jego zabawna konferansjerka) czarował dźwiękami licznie zgromadzoną publikę. Jak powiedział sam Maseli, muzycy zaprezentowali swoisty mini-festiwal, ponieważ oprócz kompozycji Jerzego Miliana, każdy członek zespołu wykonał swoją własną kompozycję. Nietrudno się domyślić, że technicznie występ ten był zupełnym majstersztykiem — niejednokrotnie poszczególne partie zazębiały się i tworzyły cudownie zjednoczone struktury. A przy tym była to muzyka niezwykle, pogodna, lekka, ciepła, można powiedzieć, że wręcz świąteczna. To było piękne upamiętnienie legendy polskiego jazzu, którą niewątpliwie był Jerzy Milian. Brawo!

Jazzanova feat. Paul Randolph

Bez wątpienia to właśnie występ Jazzanovy przyciągnął największą liczbę odbiorców. A to przede wszystkim dlatego, że nu-jazzowy kolektyw był najbardziej rozpoznawalną gwiazdą całego festiwalu. Zespół promował wydany w ubiegłym roku album Funkhaus Sessions, który został nagrany we współpracy z pochodzącym z Detroit wokalistą i basistą Paulem Radolphem. Oczywiście Paul był obecny, a przez to kolektyw mógł w pełni przedstawić nagrany materiał. Zaczęło się dość niepewnie — miałem wrażenie, że zespół wyszedł trochę zdystansowany i lekko spięty. Przez kilka piosenek dało się to zauważyć, aby wreszcie przełamać ten stan. Oczywistym antidotum okazał się singiel „I Human” z bardzo nośnym i zapamiętywanym refrenem. Od tej chwili piosenki Jazzanovy nabrały lekkości, polotu i niewymuszonego luzu. Słuchając kolejnych kawałków, które pochodziły głównie z ostatniego longplaya, można było poczuć klimat płyt Stevie Wondera z lat siedemdziesiątych (zwłaszcza Songs In The Key Of Life czy Innervisions), Tak więc funkowe groove’y, ciepłe beaty o jazzującym posmaku i oczywiście soulowe popis Paula sprawiły, że występ nabrał rumieńców i zupełnie porwał festiwalowiczów. I o to właśnie chodziło. A wraz z końcem koncertu Jazzanowy skończył się trzeci dzień Lublin Jazz Festiwalu.

Dzień 4

Lubelska Orkiestra Jazzowa

Ostatni już dzień otworzyła czternastoosobowa orkiestra pod kierownictwem Trifonidis Roots Trio. Był to całkiem sympatyczny występ, w którym palmę pierwszeństwa pełnili młodzi i zdolni muzycy. Usłyszeliśmy zestaw żywiołowych kompozycji z bardzo latynoskim kolorytem. Publiczność bardzo dobrze odebrała ten koncert, co potwierdziło spory potencjał najliczniejszej grupy muzyków na całym festiwalu.

Marilyn Mazur Group

Niestety nie udało mi się zobaczyć występu tria Ballrogg, a zatem dla mnie był to ostatni koncert festiwalu. Ale był to koncert bezapelacyjnie znakomity, prawdopodobnie w moim prywatnym rankingu wszystkich wydarzeń festiwalu numer jeden. Na scenie zobaczyliśmy monolit — czwórkę kapitalnych muzyków z Marilyn Mazur za perkusją połączoną z całą gamą dzwonków i przeszkadzajek na czele, choć to co robili pianistka Makiko Hirabayashi, kontrabasista Klavs Hovman czy saksofonista Hans Ulrik również wprawiało w osłupienie. Mieliśmy do czynienia z klasycznym kwartetem jazzowym. A przechodząc już do samego występu — był to najbardziej wzruszający i najpiękniejszy moment lubelskiej imprezy. Złożony z, jak sama bohaterka wieczoru powiedziała, zimowych kompozycji koncert okazał się najbardziej emocjonalnym i eterycznym spośród wszystkich. Momentami muzycy prezentowali oczywiście bardziej organiczne brzmienie, jednak przeważała zdecydowanie aura delikatnego powiewu zimy. Utwory, w których głos Marilyn prowadził dialog z przejmującymi partiami saksofonu Hansa Ulrika, wzruszały niemal do łez (widziałem osoby, które autentycznie płakały!), ale pojawił się też utwór w klimacie mistyczno-orientalnym , który można porównać chyba jedynie do jakiego odrealnionego słuchowiska nie z tej ziemi. I tym zupełnie zachwycającym muzycznym przedstawieniem zakończył się dla mnie Lublin Jazz Festiwal.

* * *

I tak oto minął V jazzowy festiwal, który znowu udowodnił, że jazz wcale nie jest muzyką dla nudnych intelektualistów. Nie ma wątpliwości, że impreza stała na wysokim poziomie, o czym świadczyły znakomite koncerty oraz świetna organizacja. Czekamy więc na kolejną, szóstą już edycję Lublin Jazz Festiwalu, która odbędzie się naturalnie za rok.

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: