Jesienny interwał pandemiczny w Berlinie to eksplozja wydarzeń i energii. Wszyscy wrócili do gry, scena kulturalna i klubowa jest reanimowana, głód publiczności gigantyczny. Jesteśmy przez organizatorów i artystów rozpieszczani. 

Jednym ze wspaniałych, przedziwnych przeżyć w ofercie jest wystawa sztuki współczesnej towarzysząca festiwalowi muzycznemu Atonal. Zaaranżowane na tę okazję niedostępne wcześniej obszary byłej elektrowni, a teraz klubu Kraftwerk, są same w sobie atrakcyjnym miejscem do zwiedzenia: jesteś w brzuchu industrialnej katedry, niewiele widzisz. Prace są tak skuratorowane, że dopiero po zobaczeniu jednej w całości, możesz pójść dalej – w ciemności pojawia się żółte światło wskazujące drogę. Czasami też dźwięk. Po spenetrowaniu podziemi, wyruszasz na samą górę, podążając za ręką i śpiewem performerki, aż do wieży. I z powrotem, tym razem do samego jądra, gigantycznej sali pełnej niespodzianek. Instalacje audiowizualne kryją się w przylegających do niej pomieszczeniach. Od czasu do czasu wyłania się ze ścian seria ekranów i obserwujesz trzykanałowe wideo do kawałka amerykańskiego duetu hip hopowego Armand Hammer. Obrazy sielanki i natury, odpoczynku, wody, tańca, mieszają się z mocnymi syrenami i subtelnie, ale widocznie zarysowanymi gestami przemocy, która codzienność mniejszości w Stanach Zjednoczonych nieustannie przerywa. 

Jest fantastyczna maszyna Any Alonso, artystki z Wenezueli, którą skonstruowała z włosów, pistoletów dystrybutorów paliwa, rur i łańcuchów. Ten wolno i nieustannie obracający się obiekt to amulet późno-kapitalistycznego społeczeństwa, uzależnionego od paliw i eksploatacji wszelkiego rodzaju. 

Sala dowodzenia w elektrowni jest z kolei wypełniona apokaliptycznym light-show, który wędruje po wielkich konsolach, oknach i ścianach, wywołując poczucie niepokoju. Pojawiają się skojarzenia z zimną wojną, dekadami nieustannego konfliktu między kapitalizmem i komunizmem, i ten sam duch oddają prezentowane wycinki prasowe na temat relacji USA i Kuby, współcześnie. Duch zimnej wojny jest dla nich wciąż żywy, nawet jeśli zmienił kształt. 

Nie brakuje innego rodzaju krytyk kapitalizmu w tej przestrzeni, w postaci poematów, prac wideo czy rzeźb (cmentarz aut, miasto-ufo), są też nawiązania do mitologii i natury – kalejdoskopowe nagrania pasących się owiec, wielkoformatowe wideo z obrazami idyllicznej natury, obowiązkowe rzuty oka na tańczące do muzyki mikroorganizmy i imponująca rzeźba autorstwa Daniela Lie, która żyje i przeistacza się w trakcie wystawy. Miałam szansę zobaczyć ją pierwszego dnia, z girlandami żywych kwiatów i górami mokrej wciąż gliny – ciekawa jestem tego, jak wygląda ona dzisiaj, i co w niej zakiełkowało. 

Nie jest to wystawa dla wszystkich – jeśli boisz się ciemności i wąskich przestrzeni, może to nie być przyjemne doświadczenie. Dla tych, których intryguje taka wędrówka w nieznane i odrobina adrenaliny, jest to bardzo rekomendowany spacer. Polecam zarezerwować sobie spokojne dwie godziny na tę wędrówkę. 

Jeśli chodzi o muzyczną część Atonal, miałam na razie okazję zobaczyć tylko jeden z koncertów – Actress, Labour i Flora Yin-Wong z Lailą Saskini. Nie byłam niestety szczególnie zachwycona żadnym z tych występów. Flora i Laila nie rozgrzały mnie swoją eksperymentalną muzyką wypełnioną mikrogestami i mikrodźwiękami, które po prostu nie wybrzmiewały w tej gigantycznej przestrzeni na tle eksperymentalnej, monotonicznej elektroniki. Wyobrażam sobie, że ich występ w bardziej kameralnej, cichej sali mógłby być ciekawą medytacją. Tu po prostu ginął.

LABOUR byli za to ciekawym doświadczeniem, takim akurat na miarę gigantycznej industrialnej hali. Ich perkusyjno-dronowa interwencja miała ambicję, tempo, skalę. Koncert rozpoczął się od krótkich wybuchów dwóch perkusji w centrum sali: każda z tych eksplozji wywoływała lawinę bębnów przenoszących się po przestrzeniach elektrowni z całą drużyną amatorów-perkusjonistów. Ten piętrzący się hałas wywołuje masę skojarzeń i emocji, to kontakt z abstrakcyjną sztuką, która wymasowuje z nas najróżniejsze refleksje. Była tu energia demonstracji i buntu, prawie rewolucyjny ładunek, złość, niecierpliwość, chęć działania. Nazwa projektu – Labour to po angielsku ROBOTA, czyli żadne białe kołnierze i czyste paznokcie, tylko pot, zmęczone mięśnie, satysfakcja wynikająca z fizycznego wycieńczenia. Lubię te lewicowe skojarzenia, choć jak to bywa z abstrakcjami, każdy widzi w nich to, co chce w nich widzieć. Marzenia o rewolucji prekariatu. 

Nie dożył moich oczekiwań Actress – brakowało temu koncertowi momentum, energii, pazura. Może był on ofiarą okoliczności, podobnie jak Flora i Laila. Jego kontemplatywny nowy album jest gęsto udziergany i domaga się intymności, o co trudno pod niebotycznymi sufitami elektrowni. Chciałabym go poczuć bliżej. W skupieniu. W cieple. Chociaż faktem jest, że surowe wnętrza Kraftwerk i jej ascetyczność betonowa wydobyły z LAGEOS chłodną melancholię, której aż tak nie odczuwam w domowych sesjach. 

***

Dla tych z was, którzy planują podróż do Berlina, polecam zarezerwowanie biletów na wystawę, i kilka koncertów, które wciąż przed nami:

20.10 – Caner Teker
21.10 – Caterina Barbieri, Bendik Giske, Evelyn Saylor, MFO, Nkisi, Ucc Harlo
30.10 – Klein, Shackleton i Wacław Zimpel

Więcej informacji tutaj

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: