Noc duchów już dziś, więc z uporem powracamy do tradycji wywiadów na Halloween. Tym razem artysta, który swoją wieloletnią pracą wmurował kilka bardzo istotnych cegieł w krajową noise’ową ścianę dźwięku. O zagranicznych koncertach, rodzimej scenie noise, przyszłym albumie i horrorach rozmawiamy z Dawidem Kowalskim.  

Kilka dni temu zakończyłeś trasę koncertową po Europie, która jak sądzę – pomimo twojego dotychczasowego, bardzo imponującego doświadczenia scenicznego – musiała być ogromnym przeżyciem. Niecodziennie nadarza się okazja, aby dzielić scenę z artystami będącymi współcześnie najbardziej rozpoznawalnymi przedstawicielami sceny harsh noise na świecie. Ponadto wielokrotnie wspominałeś, jak znacząco twórczość Kenny’ego Sandersona i Kazumoto Endo wpłynęła na twoje muzyczne poszukiwania. Jakie emocje i doświadczenia przywiozłeś z tej podróży? 

Dawid Kowalski: Ta trasa była wyjątkowo i zaskakująco wręcz udana pod wieloma względami. Przede wszystkim bookowanie koncertów przebiegło szybko i sprawnie, zaskoczeniem była też możliwość wystąpienia na fenomenalnym Lausanne Underground Film & Music Festival w Szwajcarii. Już od samego początku byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni liczebnością publiki na każdym z koncertów, bardzo ciepłym przyjęciem i profesjonalizmem organizatorów. Ponadto osobiście zaskoczyła mnie także łatwość komunikacji między wszystkimi zaangażowanymi osobami – doszło przecież do zderzenia 4 dosyć silnych osobowości. Jakkolwiek z Sergiejem Hannolainenem (MAAAA) znamy się dobrze i współpraca zawsze układa się świetnie, tak z Kazumoto i Kennym po raz pierwszy spotkaliśmy się osobiście i już na wstępie złapaliśmy doskonały kontakt. To bardzo ważne w sytuacji, gdy dochodzi do konfrontacji różnych charakterów i narodowości w trudnych warunkach trasy koncertowej. Podjęliśmy też wspólnie decyzję o poruszaniu się transportem publicznym – mieliśmy oczywiście obawy z tym związane, ale logistyka przedsięwzięcia odbyła się bez przeszkód. Jednym z najważniejszych elementów był fakt, że doświadczeni goście z Japonii byli pod dużym wrażeniem formy organizowania imprez oraz frekwencji, to bardzo dobrze świadczy o europejskiej scenie tego typu muzyki.

Jako zagorzały fan twórczości FACIALMESS i Kazumoto Endo byłem oczywiście od samego początku podekscytowany, delikatnie rzecz ujmując. Możliwość wspólnego wyjazdu była dla mnie świetną okazją do podpatrzenia mistrzów przy pracy i – jak zwykle – nauczenia się wielu nowych rzeczy. Najważniejsze jednak jest to, jak pozytywny był odbiór każdego z występów. Ponadto, cieszył mnie też fakt, że nasza lokalna publika dopisała, naprawdę nie mamy się czego wstydzić w kwestii odbioru radykalnej muzyki.

Twoje spostrzeżenie dotyczące lokalnej publiczności jest zbieżne z kilkoma innymi opiniami, które usłyszałem w tym roku. Podobne zdanie sformułował Tomasz Jurczak (Last King of Poland) podczas swoich ostatnich koncertów w naszym kraju. Być może frekwencja na wydarzeniach wciąż daleka jest od upragnionej, ale pojawia się coś, co określić można jako szacunek dla artysty. Nie w próżniackim tego słowa znaczeniu, ale zwyczajnym poszanowaniu dla twórcy, który przestał być „dziwakiem” od noise’owego zgiełku, zarezerwowanego tylko dla skrajnie undergroundowych eventów. Myślisz, że słuchacze muzyki eksperymentalnej w Polsce dojrzeli, że zbliżyliśmy się w tym procesie do odbiorców zachodnich?

Uważam, że praca wkładana latami przez organizatorów imprez tego typu na terenie kraju wreszcie zaowocowała. Doskonale pamiętam wczesne imprezy stricte noise’owe – występowanie dla kilkuosobowych grupek dosyć przypadkowych ludzi, którzy patrzą na tego typu wykonawców jak na kuriozalne zjawisko. Do dziś oczywiście takie imprezy mają miejsce, ale znacznie przeważają koncerty z dobrą frekwencją. Cieszy też wyraźny wzrost poziomu wiedzy i osłuchania publiki. Wydaje mi się także, że w porównaniu do publiki z tzw. zachodu, w przypadku Polski mamy aktualnie fajny czas, w którym dominuje zainteresowanie gatunkiem. Zachodnie zblazowanie i postawa „wszystko już widzieliśmy” jeszcze tutaj nie dotarła (ale tak się na pewno wkrótce stanie). Z drugiej strony, występowanie przed zachodnią publiką jest o tyle ważne, że zmusza do wychodzenia poza kanony gatunkowe i zachęca do rozwoju. Występując np. w Berlinie z klasycznym setem harsh noise zbudowanym w oparciu o mikrofon kontaktowy i kilka efektów distortion, raczej nie mamy co liczyć na wzbudzenie zainteresowania. Sam też przecież zaliczyłeś trasy koncertowe – jakie są twoje doświadczenia?

Aspekt rozwoju jest oczywiście nie do przecenienia, zgadzam się w stu procentach. Każda trasa zagraniczna i wniknięcie choćby na chwilę w lokalną scenę potrafi otworzyć zupełnie nowe perspektywy. Z mojego punktu widzenia zawsze zmusza to do jeszcze bardziej wytężonej pracy. Z dotychczasowych podróży i kontaktów z organizatorami czy też promotorami wydarzeń o noise’owym charakterze w różnych miejscach na świecie wyniosłem przekonanie, że w pewnym okresie sami na własne życzenie utraciliśmy sporo potencjału tkwiącego w rodzimej scenie. Oczywiście teraz zaczyna się to zmieniać, jest to rodzaj procesu, ale gdzieś na początku, świadomie ukształtowaliśmy polską scenę noise w sposób elitarny. Trochę tak jakby celowe ograniczanie promocji czy organizowanie koncertów dla znajomych i przyjaciół było czymś porządnym. Wiadomo przecież, że jeśli zamykamy się na szersze grono odbiorców, to odcinamy także perspektywy na większą ilość publikacji w ramach gatunku i na doskonalenie stylu, który nie może się rozwijać bez konfrontacji ze słuchaczami. Nie masz wrażenia, że taka sytuacja miała miejsce na polskiej scenie noise jeszcze kilka lat temu?

Ciekawa jest opinia o utracie potencjału, sam także zwróciłem na to uwagę. Trudno jest mi się jednoznacznie odnieść do kwestii imprez noise’owych, z jednej strony masz rację – zarówno przed laty jak i obecnie wiele tego typu wydarzeń nosi świadomie wykreowane znamię swoistej elitarności. Ma to oczywiście swoje złe strony. Trzeba jednak pamiętać, że noise wciąż jeszcze jest dosyć specyficznym i kontrowersyjnym gatunkiem. W pewnym sensie taka forma wyrazu znacznie się rozpowszechniła i przestała już stanowić wyzwanie dla poczucia estetyki słuchaczy. Z drugiej jednak strony, gatunek ten nadal ma mocno sekciarski posmak, który jest szczególnie widoczny, np. na wciąż istniejących forach tematycznych.

Wydaje mi się, że sytuacja w kraju w tym zakresie zaczyna się zmieniać na lepsze. Imprezy stają się bardziej eklektyczne gatunkowo, mają charakter bardziej otwarty i nieco mniej niszowy. Na pewno w zmianie sytuacji pomaga fakt, że coraz większe grono twórców/organizatorów ma bogaty bagaż doświadczeń wyniesionych z występowania przed publiką w innych krajach. Do niedawna przecież zjawiska takie jak zagraniczne trasy koncertowe były rzadkością lub dotyczyły małego odsetka krajowych artystów. W sytuacji, gdy twórcy nierzadko są także organizatorami wydarzeń, takie doświadczenia są bardzo cenne i pomagają zmieniać charakter wydarzeń.

Eklektyczne podejście do gatunków muzycznych staje się więc jednym ze sposobów budowania pomostów pomiędzy sympatykami różnych dźwięków. Muzyka eksperymentalna, także ta w najbardziej ekstremalnym wydaniu, coraz częściej funkcjonuje równorzędnie z innymi stylistykami na dużych imprezach. Tego typu wydarzeniem, była pierwsza edycja Festiwalu L’tronica, zorganizowanego w ubiegłym miesiącu w Łodzi. Byłeś jednym z artystów, którzy mieli szansę zaprezentować się na scenie experimental. Jak wspominasz ten koncert i co sądzisz o idei festiwalu opartego na połączeniu sceny klubowej i eksperymentalnej?

Próby budowania pomostów między noise’em a innymi gatunkami były już podejmowane wielokrotnie, także w naszym kraju. Nie wydaje mi się, żeby przynosiły one jakiś szczególny, wymierny efekt. Na pewno stwarzają możliwość otwarcia się na większe grono słuchaczy, ale prawdę mówiąc zarówno jako wykonawca, jak i organizator chyba jeszcze nigdy nie spotkałem się z sytuacją, w której ktoś w trakcie multigatunkowej imprezy podchodzi i mówi coś w stylu: „W zasadzie to przyszedłem na grindcore, ale noise mi się spodobał”. Środowiska muzyczne, zwłaszcza to z wieloletnimi tradycjami, stanowią często zamknięte ekosystemy, które zwykle niechętnie otwierają się na wpływy zewnętrzne. Postrzeganie hałasu jako środka wyrazu ulega jednak pewnej zmianie. W pewnym sensie hałas się zdewaluował, przestał już tak bardzo szokować i jest coraz śmielej stosowany przez wykonawców z innych gatunków. Być może to jest właśnie sposób na stopniowe oswajanie słuchaczy z tym zjawiskiem. Trudno mi jednak wyrokować i powiedzieć coś konkretnego na ten temat, staram się obserwować zmiany zachodzące na scenie muzycznej, ale z biegiem czasu przykładam do nich coraz mniejszą wagę. Cieszy mnie fakt, że liczba słuchaczy noise w kraju wydaje się powiększać, ale z drugiej strony nie zależy mi już tak mocno na promowaniu gatunku jak jeszcze kilka lat temu.

Co do festiwalu L’tronica – moim zdaniem jest to świetne przedsięwzięcie, które ma olbrzymi potencjał na dalszy rozwój. Mam nadzieję, że scena eksperymentalna będzie tam nadal obecna. Jestem też ciekaw, jakie jest twoje zdanie na poruszone tutaj kwestie.

Bardzo trafnie zwróciłeś uwagę na zjawisko oswajania hałasu przez samych twórców, ale w naturalny sposób, w ślad za tymi procesami podążają także organizatorzy. Odnoszę wrażenie, że coraz częstsze próby łączenia gatunków i scen są nijako wymuszone, stają się normą, a nie tylko sposobem na uatrakcyjnienie wydarzenia. Oboje wiemy, że publiczność skupiona wokół koncertów noise’owych to w przeważającej części sami organizatorzy i twórcy, dlaczego więc od czasu do czasu nie przewietrzyć tych z góry ustalonych schematów? Z pewnością mój punkt widzenia jest nieco odmienny, a to dlatego, że od dekady przyglądam się krajowej scenie eksperymentalnej głównie z pozycji obserwatora-recenzenta. Aktywność sceniczna to w moim przypadku głównie trasy zagraniczne. Ty jesteś w tym środowisku od bardzo dawna, działałeś na wielu płaszczyznach i śmiało można powiedzieć, że jako twórca noise’u osiągnąłeś w tym kraju wszystko. Nie masz czasem ochoty na wyjście poza projekt solowy i podjęcie próby połączenia sił w projekcie z żywymi instrumentami, być może perkusją lub gitarą?

W kwestii publiki – wszystko tak naprawdę zależy od miasta i typu imprezy. Zdarzają się oczywiście koncerty, na których publika to w przeważającej mierze organizatorzy i twórcy, ale coraz więcej jest u nas wydarzeń o charakterze czysto noise’owym, na których ta smutna reguła jest łamana. Łączenie gatunków i scen faktycznie może wyglądać na wymuszone, ale często wynika z faktycznej wiary organizatorów w możliwość konsolidacji różnych środowisk. Oczywiście w dużej mierze istotne są także względy towarzyskie.
Zabawnie jest czytać, że jako twórca noise’u osiągnąłem w tym kraju wszystko, bo w zasadzie co jest do osiągnięcia? We własnej głowie ja nadal jestem wychudzonym (no, faktycznie już nie tak wychudzonym) nastolatkiem w okularach, który siedzi zgarbiony po nocach przy komputerze i składa dźwięki w jakąś mniej lub bardziej sensowną całość. Nadal mnie szokuje, że ktokolwiek w ogóle chce kupować moje albumy i przychodzić na koncerty. Sam ten fakt już przerasta moje wszelkie oczekiwania. Kiedy zachciało mi się grać koncerty, to zacząłem je sobie organizować z kolegami, a reszta przyszła z biegiem czasu samoistnie. Nie podchodzę do tego jak do kariery zawodowej, nie wyznaczam sobie celów do osiągnięcia. Koniec końców najważniejsza jest satysfakcja z procesu oraz efektu własnej pracy, cała reszta to szum tła i mniej lub bardziej miły dodatek. Nigdy nie miałem ciśnienia, żeby wydał mnie label X, Y czy Z, albo żeby usłyszeć miłe słowo od blogera A czy recenzenta B, to są nieistotne zagrywki społeczne i chaos oscylujący wokół sedna sprawy, tj. kreatywnego formułowania komunikatu.

Próby wyjścia poza projekt solowy już podejmowałem – współtworzyłem kiedyś duet Eyecons z Konradem Materkiem (no-input mixing), tworzę nowy projekt Psychotronika z Michałem Stańczykiem (dudnienia różnicowe i zaginanie czasoprzestrzeni), współpracuję okazjonalnie z malarzem Jakubem Glińskim. Dograłem też materiał noise’owy na album wrocławskiej kapeli Madman Project, próbowałem też lokalnie współpracować z kilkoma muzykami nad kapelą noise-breakcore-grindową, ale moje zaangażowanie w każdy z tych projektów ma charakter mocno ograniczony. Mam trudny charakter, ciężko się ze mną współpracuje w studiu, łatwo się frustruję, próbuję wszystko robić po swojemu. Zbyt mocno przywykłem do samodzielnej pracy. Współpraca ze mną na zasadzie przesyłania surowych materiałów do dalszej obróbki jest znacznie łatwiejsza, a to w zasadzie wyklucza możliwość stworzenia sprawnie funkcjonującego zespołu. Nie mam zresztą takiej potrzeby.

Wracając jeszcze do kilku spędzonych w trasie dni i nowych kontaktów… Czy masz w planach podsumowanie tej trasy w postaci materiału live? Być może wspólny split z Sandersonem i Endo? Czy w ogóle bierzecie pod uwagę tego typu działania w najbliższej przyszłości?

Nasz wspólny występ podczas LUFF został zarejestrowany, wobec czego prawdopodobnie ukaże się on na CD. Z Kennym mamy dwa projekty w planach, jeden to wspólny utwór na mój nadchodzący album Compulsive Escapism, w którym wykorzystałem bibliotekę jego nagrań terenowych, harsh noise i elektroakustycznych. W bliżej nieokreślonej przyszłości planujemy także wydanie wspólnego albumu, który w założeniu ma dosyć odważnie wychodzić poza ramy gatunkowe. Trudno mi jednak powiedzieć kiedy dojdzie do skutku.

Chciałbym dopytać o Compulsive Escapism. Tytuł interpretowany wprost może sugerować, że mamy do czynienia z formą ucieczki, niekoniecznie wynikającą z własnej i świadomej woli. Ucieczka to także zapowiedź zmian, czy wobec tego powinniśmy spodziewać się rewolucji w odniesieniu do dotychczasowych nagrań ukazujących się pod szyldem PURGIST? Czy poza wspomnianą kompozycją nagraną wspólnie z Kennym będzie to w pełni twój autorski materiał?

​Nazywając albumy i utwory, lubię wieloznaczności. Z jednej strony Compulsive Escapism ma wydźwięk osobisty i określa zjawisko – odruch obronny, który sam u siebie zidentyfikowałem​. W tym wymiarze album można interpretować jako autokrytyczny i introspektywny. Z drugiej strony, podobnie jak w przypadku albumu Secret Habit, tytuł odnosi się do zaangażowania w pracę artystyczną. Dawno temu trafiłem gdzieś na wypowiedź, która mocno zapadła mi w pamięć – o ile dobrze pamiętam, w jednym z wywiadów Masami Akita porównał kupowanie nagrań noise’owych do kupowania pornografii. Z poczuciem winy i wstydu, że podoba nam się tak radykalna, perwersyjna forma wyrazu. Zarówno u siebie, jak i u wielu ludzi ze sceny dostrzegłem podobne podejście do zaangażowania w ten rodzaj sztuki. Poświęcamy lwią część życia i energii na tworzenie, komponowanie, występowanie przed publiką na całym świecie, a jednocześnie przed „normalnymi” znajomymi, osobami z najbliższego otoczenia konsekwentnie unikamy rozmów na ten temat i kompletnie dewaluujemy rolę noise w naszych życiach. Bo jeśli zaangażowanie w klasycznie pojmowaną muzykę jest jeszcze zrozumiałe, tak obsesyjny wręcz pęd za sprzężeniami i radykalnym dźwiękiem zahacza o wstydliwe zboczenie. W tym sensie noise jest formą ucieczki w alternatywną rzeczywistość. Za dnia pracujemy, uczymy się, jesteśmy przykładnymi obywatelami, zaś w weekendy udajemy się na orgie w seks klubach lub koncerty noise’owe. Wśród osób nie zaangażowanych w takie wesołe hobby trudno liczyć na pełne zrozumienie.

 

Materiał będzie zawierał nagrania dostarczone przez innych, cenionych przeze mnie wykonawców – m.in. wspomniany FACIALMESS, Uboa (Australia), MAAAA, MK9 (ex-Death Squad, USA), Yul. Poprosiłem każdego z nich o dostarczenie konkretnego zestawu dźwięków, które pasują do ogólnej koncepcji albumu i pomysłu na wspólne utwory. Cała płyta wykracza poza ramy harsh noise, nie potrafię jednoznacznie określić gatunku, w którym można ją sklasyfikować. Podoba mi się najbardziej ze wszystkich, które do tej pory nagrałem, być może dlatego, że poświęciłem jej najwięcej czasu i uwagi.

Mam nadzieję, że nie zdradzę teraz tajemnicy, jeśli przywołam naszą niedawną rozmowę, w której wspominałeś o planach  zrobienia sobie przerwy od aktywności scenicznej. Czy faktycznie projekt PURGIST skupi się w najbliższych miesiącach jedynie na działalności wydawniczej?

Od 2013 roku, tj. od momentu, w którym zacząłem projekt PURGIST, nie byłem na urlopie (urlop = trasa koncertowa). Zajmowałem się występowaniem, organizowaniem festiwali i koncertów, nagrywaniem, organizowaniem tras koncertowych dla siebie i innych artystów i po prostu mam już trochę dosyć. Chciałbym się skoncentrować na pracy studyjnej, potrenować budowanie własnych urządzeń i zmienić nieco charakter występów na żywo, m.in. poprzez opracowanie reaktywnych wizualizacji. Być może zagram jakiś koncert, o ile pojawi się ciekawa propozycja, ale zakładam znaczny spadek aktywności na tym polu.

Łącząc kilka powyższych wątków, można wywnioskować, że zmęczyło cię także popularyzowanie gatunku w przestrzeni krajowej. Mam tu na myśli organizowane festiwale i trasy koncertowe. Wiele z tych przedsięwzięć to była prawdziwa praca u podstaw, która z biegiem lat musiała jednak dostarczyć wiele satysfakcji. Wydarzenia takie jak Festiwal Make Some Noise czy tegoroczna trasa Dave’a Phillipsa w Polsce to spory sukces organizacyjny. W tym zakresie także szykuje się znaczący spadek aktywności z twojej strony?

Przez lata nazbierało się różnych imprez i tras koncertowych. Tak, w tym zakresie także szykuje się znaczny spadek aktywności. Mogę jednak powiedzieć, że rysują się na horyzoncie pewne duże plany w zakresie organizowania cyklicznych imprez, ale chciałbym pozwolić im dojrzeć w spokoju. Na pewno temat noise w Polsce nie ucichnie.

Aby tradycji stało się zadość, mam jeszcze do Ciebie kilka pytań dotyczących zbliżającego się święta grozy. Co polecisz czytelnikom i słuchaczom na Halloween?

Polecam zamknąć się samemu w domu, nie wpuszczać nikogo i posłuchać nowych albumów: Deepchord – Auratones, Yasuhito Fujinami – Lotus, Michael Ellingford – A Tangled Web oraz Guillermo Pizarro – Harmonic Poems. Z literatury na fali popularności nowego Blade Runner polecam sięgnąć po literaturę Phillipa K. Dicka, żeby przypomnieć sobie, że rzeczywistość jest umowna, wszystko jest fałszem i nie należy ufać nikomu.

Twój top najlepszych horrorów?

Nie jestem szczególnym fanatykiem horrorów, ale podobały mi się następujące pozycje: Threads (1984) – film starający się we względnie realistyczny sposób zobrazować dni poprzedzające oraz następujące po katastrofie nuklearnej, fenomenalne dzieło. Green Room (2015) opowiadający o wesołych perypetiach kapeli punkowej, która utknęła w knajpie prowadzonej przez neonazistów, Snowtown (2011) o miłej australijskiej rodzinie. Polecam też Smoleńsk, bo w życiu nie widziałem straszniejszej produkcji.

Co będziesz robił 31 października?

Będę wtedy na urlopie, planuję zamknąć się w domu i pracować nad nagraniami. Nikogo nie wpuszczam i nie uczestniczę w Halloween, chociaż w tym roku kusi mnie, żeby nastraszyć namolne dzieciaki.

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: