Szczecińskie Vintage Love materiał na debiutancki minialbum nagrało w ekspresowym tempie, ale na efekty musieliśmy czekać kilka ładnych miesięcy. O We Are Vintage Love opowiada Mateusz Franke.

„COOL GIRL”

Był to pierwszy utwór skomponowany z myślą o projekcie, który wówczas nie miał jeszcze ani nazwy, ani składu. Szybki, rockowy strzał jest muzycznym ukłonem w stronę The Rolling Stones i The Beatles. Napisany w studiu w czasach, gdy byłem związany jeszcze z poprzednim zespołem.

Nie chodziło o nic wielkiego. Kiedy kończyliśmy sesje nagraniowe, po prostu zostawałem wieczorem w studiu, bawiąc się sprzętem i rejestrując różne pomysły. Zmęczony wielkimi formami robiłem to, co wychodziło najlepiej – pisałem proste melodie, które wpadają w głowę i sprawiają, że chce się tańczyć.

„CARNIVAL QUEEN”

Początkowo EP We Are Vintage Love miała liczyć tylko cztery utwory. Z uwagi na fakt, że album rejestrowany był „na setkę” w studiu, ostatnie próby przed nagraniami VL poświęcaliśmy na szlifowanie przygotowanego już materiału. Żeby nie znudzić się graniem w kółko tego samego i nie zwariować, od czasu do czasu zdarzały się małe zespołowe „jam session”. W trakcie jednego z nich, dwa tygodnie przed wejściem do studia, narodził się „Carnival Queen”. Można powiedzieć, że utwór wziął się z powietrza, został napisany od „a do z” dosłownie w ciągu dziesięciu minut. Na tyle przypadł do gustu wszystkim, że zdecydowaliśmy się go nagrać i dodać do epki.

Tekstowo jest to typowy trzeci akt każdego filmu o miłości w myśl schematu „1. Poznają się, 2. Zakochują się, 3. Jest kryzys, 4. Jest happy end”. Każdy był kiedyś w tym miejscu w życiu, kiedy trzeba postawić wszystko na jedną kartę i powiedzieć, co się czuje. Nie każdy miał odwagę, żeby powiedzieć odpowiednie słowa w odpowiednim czasie. Carnival Queen jest taką późną refleksją po dyskusji „Tak… to właśnie powinienem był powiedzieć”.

„‘BOUT LOVE”

Kiedy po raz pierwszy zebraliśmy się w trio, już jako Vintage Love, szybko skończyły nam się pomysły na to, co możemy jeszcze zagrać. Zaczęliśmy więc jamować. Z tego jamu wyszedł nasz pierwszy „rocker”, który jasno nakreślił nam ścieżkę, którą powinniśmy podążać. Rock lat sześćdziesiątych, nutka nowoczesności, każdy instrument grający zupełnie co innego, razem tworząc przestrzeń. O to chodziło. Nie potrzeba więcej muzyków, przecież jest bas, jest gitara, jest perkusja. Wszystko można powiedzieć za ich pomocą i zostawić jeszcze miejsce dla oddechu wyobraźni. Cały utwór, cała melodia i  tekst wzięły się z jednego zdania z dyskusji o piosenkach o miłości… „Nikt nie śpiewa o miłości tak jak Beatlesi” (Nobody sings like Beatles `bout love).

„LIGHTS OF LONDON”

Muzycznie jest to utwór, który ma imitować nocną zadumę i samotność. Moment, w którym kładąc się spać, wiesz już, że „nic więcej się dzisiaj nie zdarzy”, więc umysł dryfuje wśród wspomnień i decyzji. Tych dobrych i tych złych. Chcieliśmy, aby instrumenty stanowiły tutaj tło zdarzeń, żeby malowały dźwiękiem. Koresponduje to z tekstem, który tak jak często nocne rozważania – nie ma pointy. Jest po prostu tęsknym wołaniem do przeszłości. „Myślę o tobie, czy ty czasem myślisz o mnie?”

Bez zbędnej ckliwości, numer miał przekazać emocje, które są zbyt skomplikowane, żeby ogarniać je w świetle dnia, a umysły w nocy często świecą znacznie jaśniej, tak jak światła Londynu. Udało nam się uzyskać te dziwne, ciężkie do opisania uczucia w melodiach. Słodko-gorzkie linie, które na koncertach dają głęboki oddech i które publiczność zawsze przechwyca, przedłużając refrenowymi zaśpiewami utwór o dodatkowe minuty. Chyba dobrze wyczuliśmy te klimaty, bo nigdy jeszcze nie pozwolono nam na koncercie po prostu skończyć utwór. A może po prostu dobrze się go śpiewa pod sceną?

„TALK IS CHEAP”

Mały romans ze współczesnym popem i klasycznym funkiem. Zmieściliśmy tu wszystkie nasze wpływy: od Maroon 5 przez Seala, Daft Punk, Stinga aż do Queens of the Stone Age. Sam tytuł utworu jest swoistym hołdem, nawiązującym do debiutanckiego albumu Keitha Richardsa. W studiu sprawiał najwięcej problemów; używaliśmy różnych gitar, a nawet strun, szukając odpowiedniego brzmienia. Potraktowaliśmy to jako wyzwanie i kolejną porzeczkę do przeskoczenia. Ostatecznie wyszedł nam numer, który zgodnie stwierdziliśmy, że jest doskonałym zakończeniem albumu. Z tekstem było podobnie – kilkukrotnie przepisywany „na kolanie” w studiu jest w kontekście reszty utworów swoistą autoironią: działaj, a nie gadaj; słowa nie mają znaczenia, jeśli owijasz w bawełnę. Czasem mówimy coś w taki sposób, żeby adresat wychwycił tylko sens pomiędzy wierszami. Po co w takim razie te wiersze? Po co się produkować, skoro obydwie strony wiedzą, o co chodzi?


AUTOR: Vintage Love
TYTUŁ: We Are Vintage Love
WYTWÓRNIA: wydanie własne
WYDANE: 16 lutego 2018


Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: