Michał Skinny Skórka powraca. Od czasu zakończenia żywotu projektu Skinny Patrini o Skórce było raczej cicho. Ale to cisza przed burzą, bo lada dzień, już 17 czerwca, ukaże się The Skin I’m In, solowy album wydany przez Requiem Records. Specjalnie dla FYH Skinny opowiada o swojej płycie, przedpremierowo rozkładając ją na czynniki pierwsze.

„I WISH”

Pierwszy utwór na płycie. Od niego wszystko się zaczęło. Dokładnie 21 lutego 2013 roku o godzinie 17.42 – tako rzecze mój dyktafon, na który nagrałem sobie beat i pierwsze podejście wokalne do refrenu, żeby zapamiętać… Po rozpadzie Skinny Patrini wiedziałem, że chcę zrobić coś swojego, że muzyka musi mi towarzyszyć nieustająco. Nie wiedziałem jeszcze, w jakim kierunku pójdę, gdzie poniesie mnie wiatr… Okazało się, że pierwszy beat zrobiłem nieomal hiphopowy… w moim ujęciu, oczywiście… Utwór opowiada o odejściu pewnej bardzo bliskiej mi postaci. Na wieczność. Dostałem sporo maili od osób, które odebrały ten utwór bardzo osobiście. Bo przecież każdy chyba ma osobę, którą kocha na zawsze i na wieczność, a której, z takiego czy innego powodu, nie ma u boku. W ogóle tekstowo płyta – mimo że bardzo osobista – jest bardzo uniwersalna…

W momencie kiedy powstał refren utworu wiedziałem, że potrzebuję kogoś, kto zaśpiewałby ze mną w duecie ten tekst w taki sposób, żebyśmy tworzyli dialog, żebyśmy przenikali się głosami. Od samego początku chciałem, żeby ten utwór zaśpiewała ze mną Kasia. Cieszę się niesamowicie. To jest kolejne wydarzenie w moim życiu, za które będę wdzięczny po życia kres.

„AS TIME GOES BY”

Przed 2013 rokiem byłem zupełnie inną osobą. Zdawało mi się, że mój optymizm, pozytywne patrzenie na świat, niczym niezmącona radość i szczęście nigdy się nie wyczerpią. Dopóki nie dostałem cztery razy w papę od losu w ciągu niespełna ośmiu miesięcy. Nakryłem się skorupą na kilka dłuższych chwil, nie za bardzo chciałem, żeby ktokolwiek widział mnie w takim stanie, więc ograniczyłem kontakty nawet z najbliższymi przyjaciółmi do absolutnego minimum, przywdziewając maskę i uśmiech numer szesnaście, idąc do pracy… O tym jest ten utwór. Na szczęście, życie lubi płatać również miłe i przyjemne figle, więc skorupa pękła.  Ale świadomość tego, że nikt i nic nie jest dane na zawsze wciąż gdzieś w głowie się koleboce.

„LEAVING YOU”

Nie, nie jest to utwór skierowany do jednej konkretnej osoby. Mimo że pisany w pierwszej osobie liczby pojedynczej, jest to bardziej osobista obserwacja na temat dzisiejszych związków, przyjaźni, małżeństw, etc. Kłamstwa, zdrady, niechęć do poświęcenia dla drugiej osoby, pęd do pseudosamoudoskonalania. A z drugiej strony osoba, która ma wszystkiego dosyć i chce się od tego wszystkiego uwolnić. Opuszcza toksyczny związek, żeby w końcu ruszyć pełną parą… Szkoda tylko, że mnóstwo jest osób, które nie wierzą w siebie i nie potrafią się usamodzielnić, pójść własną  drogą i męczą się niesamowicie tkwiąc – z przyzwyczajenia bądź strachu – w tych toksycznych relacjach. Dzisiejsze czasy pod tym względem to jakiś pęd donikąd. Właściwie nie wiem, czemu to wszystko ma służyć.

„WE CAN SHARE”

Kolejny utwór napisany i zaśpiewany dla osoby, której już przy mnie, a właściwie przy mojej rodzinie, nie ma. Jest to swego rodzaju obietnica – dla niej będę jeszcze lepszym człowiekiem. Uważam, że powinniśmy być fajnymi ludźmi i dawać z siebie jak najwięcej i jak najlepiej przeżywać nasze życie. Dzielić się sobą. Bez zbędnej filozofii. Ot tak, po prostu. Bezwarunkowo. Coraz częściej jednak bliżej mi stwierdzeniu Marii Czubaszek, która z kolei zaczerpnęła od Woody’ego Allena, a’propos zwierząt i ludzi…

„HAPPY THOUGHTS”

Całkiem niedawno przysłuchałem się wypowiedzi Michaela Stipe’a w zakupionym DVD R.E.M. TV o czym tak naprawdę jest „Losing My Religion” i odpadłem… O tym, mniej więcej, jest właśnie ten utwór, jednakże ująłem to o wiele bardziej bezpośrednio, tamten Michael S. dość mocno zawoalował prawdziwe znaczenie „Losing My Religion”. Do tej pory ludzie twierdzą, że ten utwór jest o traceniu wiary… „Happy Thoughts” opowiada o sytuacji, w której podajesz się na talerzu osobie, którą darzysz przewielkim uczuciem, jesteś pewien, że to to. I myślisz, że ta druga osoba czuje to samo, dostajesz wszelkie sygnały, masz wszelakie podstawy, by sądzić, że możesz się ponieść tym emocjom… a przynajmniej tak ci się wydaje… A tak naprawdę zasypujesz iskierkę węglem. Utwór jest wyrażeniem pragnienia spotkania takiej osoby, która będzie w stanie przyjąć i odwzajemnić te uczucia.

„THE GOD + THE WORLD = THE MADNESS”

Mój prywatny protest song. Wydaje mi się, że ten utwór może być zrozumiany trochę na opak, więc niech tak będzie. Do powiedzenia mam tylko tyle: na głupotę mam alergię. Zwłaszcza na tę, która prowadzi do agresji i krzywdy. Zarówno umysłowej, jaki i fizycznej.

„THE LOSS, THE GAIN”

W pierwotnej wersji tekstu „you” było „I”, „I” było „you”, „my face” było „your face” i tak dalej, i tak dalej… Ale po stworzeniu instrumentalnej części utworu oryginalny tekst zupełnie mi nie współgrał z resztą i totalnie nie przechodziło mi przez gardło to, co miałem zaśpiewać. Po tej drobnej zmianie wyszło zdecydowanie lepiej, chociaż w tym momencie ktoś może posądzić mnie o narcyzm, wczytując się w ten tekst. Prawda jest taka, że miało być odwrotnie.

„TWO KINDRED SPIRITS”

Utwór napisany pod wpływem impulsu i pewnego spotkania. Wyjechaliśmy z przyjacielem totalnie spontanicznie pewnego roku na imprezę sylwestrową do klubu, gdzie spotkałem arcyciekawą postać i zdawałoby się, że nieomal absolutnie identyczną pod względem duchowym, emocjonalnym, etc,. etc., etc. Utwór o tym, że dobrze wykorzystane sytuacje, które przynosi nam – zupełnie niespodziewanie – los, mogą w sposób absolutnie cudowny wpłynąć na nasze życie. Szkopuł w tym, że nie każdy potrafi, czy też chce, je wykorzystać.

„WE’LL CARRY ON”

Utwór zaczyna się trochę jak hymn stadionowy tudzież hit na festiwal eightiesów w Sopocie. Ha ha ha. Gdzieś w pewnym momencie jednak zaczyna mu być bliżej do hymnu na koniec świata. Chyba najbardziej „nośny” utwór na płycie – zarówno pod względem tekstu, jak i produkcji. Fajnie mi się śpiewało ten numer, chociaż pisząc go, obawiałem się „górek”… Dość istotnym fragmentem tego utworu jest zaśpiew „Lose yourselves, love yourselves”. Właściwie dobrze by było… Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Zatracić się w miłości. Piękne. Niby na wyciągnięcie ręki, a jednak coraz bardziej odległe.

„NOTHING WASTED”

Konkretna osoba, konkretne emocje, musiałem.

„NOBODY COMES”

Ten utwór, mimo że napisany przeze mnie i przeze mnie zaśpiewany nieomal dwa lata temu, do dziś wywołuje u mnie dreszcze i pewnie długo nie przestanie… Nie wiem, co będzie się działo ze mną, kiedy będę musiał zaśpiewać go na żywo.

Do napisania pierwszej zwrotki utworu skłonił mnie wyjazd do ośrodka pomocy dla osób starszych po wylewach, udarach. Odwiedziłem mamę mojego przyjaciela, a przy okazji rozmowy z lekarzem dowiedziałem się, że są w tym ośrodku osoby, które tak leżą po parę miesięcy bez odwiedzin bliskich… Druga część utworu jest już mocno uniwersalna, ten tekst mogłaby zaśpiewać każda osoba, która tęskni za prawdziwym uczuciem, wsparciem i oparciem… I niekoniecznie mówię tutaj o osobach samotnych.

Z tym utworem łączy się pewien magiczny moment, kiedy to zupełnie nie wiedziałem, co jeszcze dodać, by go urozmaicić trochę pod względem dźwiękowym. Słuchaliśmy z Adasiem (Hryniewicki – realizator dźwięku) przez długi czas miksu po zgraniu wokali i nie mogliśmy wpaść na to, czego w tym utworze może brakować, choć obaj zgadzaliśmy się, że coś jeszcze by się przydało. W momencie, kiedy zgodziliśmy się co do tego, żeby sobie zrobić „przerwkę”, weszła do studia Julia Ziętek, która akurat była na spacerze w okolicy i jakimś trafem postanowiła w tym właśnie momencie nas odwiedzić… No i wszystko stało się jasne – następnego dnia dograła smyki…

„OF OUR LOVE”

Tutaj zauważam mocny kontrast… Słowa tego utworu napisałem, będąc mocno naszpikowany optymizmem, z głową chmurach, natomiast wokale nagrywałem, wiedząc już, że wyjdą przysłowiowe nici. Jest to ostatni utwór, jaki nagrałem z myślą o tej płycie, chociaż długo zastanawiałem się, czy nie powinien znaleźć się na płycie następnej… Z „Nobody Comes” i „Of Our Love” jestem chyba najbardziej zadowolony pod względem wokalnym… Co nie znaczy, że nie jestem zadowolony z pozostałych dziesięciu. Po prostu te niosą troszkę inny ciężar emocjonalny, nieco inne wydarzenia zainspirowały mnie do napisania tych utworów. Dziwne to słuchać siebie i mieć ciarki na całym ciele. I to niekoniecznie wywołane samouwielbieniem, do którego mi daleko. Po prostu jestem świadomy tego, że przekazałem w tych utworach głosem coś nieuchwytnego. Wiedzieliśmy to z Adasiem w momencie, kiedy odsłuchaliśmy nagranie. Do „Of Our Love” były dwa podejścia i oba zostały wykorzystane. W końcowej części utworu w lewym kanale słyszymy jedno, w prawym drugie.

WYTWÓRNIA: Requiem Records
WYDANE: 17 czerwca 2016
AUTOR: Skinny
INFORMACJE O ALBUMIE

 

Komentarze

komentarze