Lada dzień (17 marca) Shannon wydadzą nowy album Crowded Head. Z tej okazji olsztyńska folkowa formacja rozkłada nadchodzące wydawnictwo na Czynniki pierwsze. O utworach z Crowded Head opowiada Marysia Rumińska.

Jak to możliwe, że ciągle chce nam się grać i wydawać płyty z muzyką z innych niż nasze krain etnicznych? Innych językowo, obcych kulturowo – a jednak dla nas – Shannonów – są to krainy emocjonalnie znajome.

Przecież właśnie tak gra nam w duszy! – nie może być więc nic zdrowszego, niż po prostu się temu poddać!

***

„MOON DELPHIN SET”

Zagwozdka muzyczna, którą postanowiliśmy od razu wyłożyć. Na samym początku albumu. Bo jest to idealna zapowiedź. Wprowadza nas w groove i trans, niepokoi z początku po to, by zaraz potem pojechać iście tradycyjnie. Porządkujemy tutaj nasz świat i priorytety dźwiękowe.

Tak właśnie wyobrażamy sobie charakter nowoczesnego grania Irish. Trochę tradycji – sporo nowoczesności. Groove!

„ROCKY ROAD TO DUBLIN”

Piosenka drogi. Taka, przy której my wszyscy – naiwni – pozwalamy sobie na fantazje o życiu w dawnych czasach. Niektórym z nas wydawało się kiedyś, że urodził się nie w tej epoce. Nic bardziej błędnego! Pod tradycją kryje się prawda o przeszłości, okrutnej, bezwzględnej i spolaryzowanej klasowo. Pod tradycyjnym wokalem Oisina czai się mroczna, nowoczesna pętla basu. Nawet tradycyjna melodia po drodze, nie brzmi infantylnie.

„SOGGY’S / FAREWELL TO WHALLEY RANGE / TRALLPOLSKA”

Taka struktura tytułu od razu definiuje jej odniesienia do tradycyjnych setów. Wypada nam wszystkim, zajmującym się pochodnymi tradycyjnego grania, podawać składowe tytuły użytych w setach melodii. Od razu po tytule, osoby bardziej zaznajomione z folkiem Europy kontynentalnej rozpoznają element skandynawski. Ostatnia część tej tradycyjnej tanecznej wędrówki przeprowadza nas do Szwecji – dokąd kiedyś wywieziono tradycyjny polski taniec. I u nas w tej, archaicznej formie go już nie spotkamy. W Szwecji owszem. A jego nazwa po dziś dzień to Polska.

„TIPIN’ IT UP TO NANCY”

Najbardziej mnie uwodzi w tradycyjnych pieśniach kontrast. Jest on spotykany we wszystkich kulturach muzycznych świata. I tu mamy do czynienia z wzorowym tego przykładem. Z brzmienia natykamy się na typową piosenkę – niektórym będzie się kojarzyła z polskimi szantami – chociaż niesłusznie i troszkę niesprawiedliwie – gdyż jest to wzorowy reprezentant pieśni barowych, z tematyką morską mających bardzo niewiele wspólnego. Fabularnie rzecz ujmując – dochodzi w pieśni do knowań i ostatecznie zbrodni. A to za sprawą wieloletnich zdrad żony, która nie chcąc być przyłapaną na niecnym procederze, idzie po miksturę, która ma oślepić męża… Po resztę zapraszamy do wysłuchania…

„HERE’S A HEALTH TO THE COMPANY”

Dla ludzi zakręconych na punkcie fantasy, przygodówek i oldschoolowych planszówek taki postęp cywilizacyjny jak filmy i gry na plejstucha daje bardzo dużą przyjemność. I chociaż czasu na tego typu rozrywki jest za mało – to zdarza nam się czasem przynajmniej natrafić na to, gdy grają znajomi. A wtedy do naszych uszu dociera coraz częściej znakomicie spreparowana ścieżka dźwiękowa. I zainspirowani taką właśnie jazdą – szukaliśmy tak długo, aż odnaleźliśmy zasłyszaną pieśń piracką. I ją można, a nawet należy porównywać do szant. Tylko raczej niepolskich.

„THE GLAD EYE / RYAN’S AIR / PULL THE KNIFE OUT AND STICK IT AGAIN”

Tytuł po raz drugi wskazuje na tradycję. Set złożony z trzech melodii, z których każda nawiązuje do innej opowieści. Najpierw je usłyszeliśmy. Każdą gdzie indziej. Motoryka i trans, opowiadają konkretne historie i przybliżają emocje towarzyszące ich twórcom. Odczuwamy dużo agresji – zwłaszcza przy drugiej i trzeciej z nich. Nie mogę przestać myśleć o melodeoniście i multiinstrumentaliście zespołu Beoga, który napisał swoisty, szyderczy „hołd” tanim liniom lotniczym, które roztrzaskały w drodze jego gitarę…

„BEDLAM BOYS”

Przełom XVI i XVII wieku w Anglii.

Aż trudno uwierzyć, że tak nowoczesna piosenka powstała tak dawno temu. To dzięki niej powstał pierwszy pomysł na tytuł całego albumu. Jest to nasz pierwszy singiel. Kawałek, w którym miesza się całkowicie zdrowy rozsądek z szaleństwem. Giganci, elfy i miłość, która przejawia się nagim tańcem pod gołym niebem. W czasach, w których tytułowy szpital Bedlam zarabiał na pacjentach, pozwalając chętnym na ich zwiedzanie, niczym małp w zoo. Za marnego pensa.

„MOUNTAIN PASS”

Nie bylibyśmy sobą, gdyby jeden utwór nie był całkowicie przez nas stworzony w czasie sesji nagraniowej. Marcin nagrał flet, Marysia zrobiła orkiestrację, Drabi dograł sekcję smyczkową i w ten sposób powstała nasza kilkuminutowa muzyka ilustracyjna. Wentyl emocjonalny. Odchył w stronę Bałkan. Szczera opowieść.

„SHAMROCK SHORE”

Emigracja. Przymusowa i dobrowolna. Ta druga znacznie rzadziej.

Historia zatacza koło. Przechowywana skrupulatnie pamięć cywilizacyjna – nasza chluba, zwłaszcza w filmach o tematyce podboju kosmosu (albo raczej marzeń o kontakcie kosmosu z nami) jest niewystarczająca z upływem lat. Wspomnienia blakną. Posiadamy filmy i dokumenty zdarzeń niewyobrażalnych, a mimo to pozwalamy sobie na powtórki. Dlatego właśnie śpiewamy o emigracji. W tej pieśni o tęsknocie, bólu i o spotkaniach po latach, których nigdy nie było.

„TRI MARTOLOD”

Celtowie, podobnie jak Wikingowie i Słowianie, krążyli po całej Europie. Podbijali, walczyli o lepsze warunki życia, lub po prostu zdobywali bogactwa. Wszyscy kojarzą Asterixa, ale mało kto tak na prawdę orientuje się, że nie mówił on po francusku, tylko w języku galijskim. Języku przodków obecnych Bretończyków – bardzo dumnej nacji, która po dziś dzień zamieszkuje północno-zachodnią część Francji. Bretończycy – naród żeglujący i migrujący drogą wodną do wielu odległych miejsc. „Tri Martolod” to bretońska szanta. Nie ma na to lepszego określenia.

I znowu na końcu GROOVE!!!

„STICK TO THE CRATUR’”

Nie ma prawdziwszej formy niż pieśń a’capella. Oto więc przed nami pieśń chwalebna. A konkretnie pieśń o whisky! Dawno temu ktoś wnikliwy przeanalizował większość korzyści płynących z własnego alkoholizmu – reklamując na wszelkie możliwe sposoby ten, jakże mistyczny trunek.

„GANJA MAN” 

Nie ma to jak połączenie kilku przyjemnych nurtów – folku z Irlandii i Jamajki, z domieszką liry korbowej i radości. Koniec płyty to istna bujanka – kolaboracja Shannon z Groove Brothers.

WYTWÓRNIA: Polish Folk Management
WYDANE: 17 marca 2016

Komentarze

komentarze