Paweł Nowicki zawędrował do Opus Series (niegdyś linia wydawnicza Requiem Records) i wydał kilka dni temu album Przypływy. Nam opowiada o płycie, rozkładając ją na czynniki pierwsze.

Muzyka z albumu Przypływy to długotrwały proces, zapis spotkań z muzyką, radość tworzenia bez kalkulacji, postanowień, to zrobienie czegoś z potrzeby serca, nie na zadany temat.. Wszytko zaczęło się od pomysłów, które rodziły się, gdy siadałem do fortepianu. To pierwszy instrument jaki poznałem, mając pięć lat. Komponowanie muzyki jest dla mnie nierozerwalnie związane z fortepianem. Gdy urodziła się moje pierwsze dziecko w 2011 roku, ten proces ruszył, coś się odblokowało. Czułem, że mam to w sobie, te pomysły gdzieś w sobie nosiłem. Ponieważ większość czasu byłem zajęty pracą pedagogiczną, koncertami, próbami, domem, pisałem w tych rzadkich chwilach ciszy i spokoju, gdy w domu byłem sam lub wcześnie rano. Miałem z tego ogromną frajdę – klawisze, komputer, głowa, rzadkie chwile odosobnienia. Czarna kawa z cukrem oczywiście.

„PRZYPŁYWY”

Ten utwór powstał jako ostatni, sam pomysł  kompozycji wyjątkowo powstał przy improwizacji na wibrafonie. Później dopisałem głos fortepianu – te dwa instrumenty stanowią trzon kompozycji. To utwór otwierający, dający przestrzeń, nowy dzień, początek. To jak czysty umysł o poranku, biała kartka, pierwsza kawa, odpływamy! Wszystko jest możliwe i odwracalne. Moja pięcioletnia córka zagrała na koniec taki jeden piękny dźwięk na zabawkowym klarnecie, który przywiozłem jej z Istambułu. Osadziłem go w partyturze. W studiu zagrał go klarnecista. Teraz cieszę się tym dźwiękiem za każdym razem, gdy słyszę ten utwór. Jest cudownym prezentem od własnego dziecka.

„CZARNE CHMURY”

Jest pierwszym utworem, który powstał w mojej głowie. W początkowej fazie miałem taki fortepianowy szkielet składający się trzech części. Gdzieś to romantyczne jest i refleksyjne tak jak polska muzyka filmowa drugiej połowy XX wieku. W dzieciństwie fascynowała mnie muzyka Kazaneckiego z serialu Czarne Chmury. Uwielbiam też filmową muzykę Kilara. Później, gdy już wymyśliłem skład, zacząłem aranżować  na zespół kameralny. To było jak odkrywanie nowego lądu, zupełnie coś nowego. Przecież jestem instrumentalistą, perkusistą zespołu muzyki współczesnej Kwartludium, improwizatorem, rockowym klawiszowcem. Teraz zbliżyłem się szczęśliwie do tej dawnej tradycji, gdy instrumentalista jest również kompozytorem. Zawsze tak było w historii, coś się popsuło.

„WPŁYWAJĄC NA SZEROKIE WODY”

To druga część Czarnych Chmur. W zamyśle chciałem, aby brzmiało to szeroko i epicko. Ograniczyłem się do eksplorowania małej ilości dźwięków. Słyszałem w tym morskie boje, fanfarę statku wychodzącego z portu. Mieszkam nad Zatoką Gdańską. Zawsze bliskie mi było morze. 150 metrów od domu, to zostawia ślad. Ta muzyka jest jak opadanie na dno morza i powolne wynurzanie do… Przylądka Radości Wielkiej. To najszczęśliwszy utwór na płycie, sądzę. Paradoksalnie kończyłem pracę nad kompozycją, gdy wylądowałem w szpitalu na 2 tygodnie z powodu do dziś niewyjaśnionej infekcji wirusowej. Był maj na Smoluchowskiego.

„NIE ZWAŻAJĄC NA CIEMNOŚĆ”

Pamiętam jak rodzina była u teściów na weekend. Zostałem w domu, aby dopracować instrumenty dęte do płyty Mutanty zespołu Kobiety. Wtedy równolegle zacząłem pracę nad utworem, którego roboczy tytuł brzmiał „Schumann”. Chodzi oczywiście o wspaniałego niemieckiego kompozytora epoki romantyzmu. Nie potrafię powiedzieć jak to się stało. Poczułem tę melodię, zacząłem drążyć harmonię i już nie mogłem się od tego uwolnić na wiele miesięcy. Dziś to czteroczęściowy, dwudziestosiedmiominutowy utwór „Nie zważając na ciemność”. Grzesiek Nawrocki, wokalista i lider trójmiejskiej formacji Kobiety, mówi do mnie razu pewnego na próbie w swoim mieszkaniu: „Dawaj, pokaż co tam masz”. Zagrałem parę taktów. Słyszę: „Kurczę, stary, to cholernie dobre, filmowe, głębokie, jak Schumann”. Mam nadzieję, że wybaczą mi dziś, że nie zrobiłem tego kawałka z Kobietami. Miałem w głowie większą formę, wieloczęściową. Dużo improwizowałem, dopracowywałem formę, która rozrastała się w miarę zwiększenia składu instrumentalnego. Miałem ogromny głód, potrzebę tworzenia tego utworu jak i całego albumu. Coś mnie pchało do tego stale. Powstała opowieść morzem podszyta, o drodze, spełnionym marzeniu, niepokoju, ogarnięciu chaosu, zwycięstwie nad samym sobą, pokonaniu ciemności i lęku. Symbolem tej jasnej strony mocy są dzieci, które zaprosiłem na płytę. Dzieci wspaniałego chóru Instytutu Muzyki Suzuki Beaty Dettlaff, z którym śpiewała moja córka. Do chóru dołączy również moje bratanice oraz dzieciaki, które uczę muzyki w szkole.

Zależało mi też na gdańskim akcencie. Jest carillon kościoła Św. Katarzyny, na którym gra Anna Kasprzycka, realizatorka nagrania. Są wspaniali muzycy, bez których nie dokonałbym tego. Piotr Nowicki na fortepianie, Neoquartet w składzie Karolina Piątkowska-Nowicka, Paweł Kapica, Michał Markiewicz, Krzysztof Pawłowski.  Sekcja dęta, czyli Mariusz Stawski, Adriana Zjawiona i Paweł Hulisz. Na instrumentach dętych drewnianych zagrali Andrzej Wojciechowski i Marta Różańska. Piotr Pawlak zajął się ostatecznym brzmieniem płyty. Są również cudowne zdjęcia Magdy Morawskiej. Sesja z okładki płyty miała miejsce w styczniu i trwała 20 minut. Przyjechałem na spotkanie rowerem. Zdjęcia bez kurtki, w marynarce na plaży przy minus 10 było wyzwaniem. Magda nie czuła palca na aparacie, ja nie czułem ciała, gdy już wróciłem do domu. Warto było. Opowiedziałem na płycie swoją historię, która mam nadzieję może stać się  również ważna dla ciebie.


AUTOR: Paweł Nowicki & 3city Ensemble
TYTUŁ: Przypływy
WYTWÓRNIA: Opus Series
WYDANE: 22 listopada 2018


Artykuł powstał przy współpracy z Agencją Cantara Music.

Komentarze

komentarze

%d bloggers like this: