Kuba Luka w końcu wydał płytę pod własnym imieniem i nazwiskiem. Lata w branży spędzone na produkcji albumów innych artystów tę chwilę stale oddalały, ale jednak. Kilka dni temu prezentowaliśmy recenzję Five Songs From The Lisbon Balcony, teraz oddajemy głos głównemu zainteresowanemu, który opowiada o swoim nowym wydawnictwie, rozkładając je na Czynniki pierwsze.

WSTĘP

Five Songs From The Lisbon Balcony to dla mnie materiał dość niezwykły z wielu względów. Przede wszystkim okazało się, że od lat 2007 i 2008, kiedy w kilkanaście miesięcy wydałem swoje trzy ostatnie płyty (Blare For A SUR_FACE/NUM_BEaRS, MorF 7 Liquid ForMs i MorF ForMalina) nastał dla mnie czas przerwy w tego typu działaniach – z jednej strony pojawiła się cała masa produkcji zleconych, z drugiej miało miejsce kilka prób nagrania pełnych płyt, które nie ujrzały nigdy światła dziennego. Efektem było wiele singli, remiksów, płyty robionych dla innych artystów oraz dziesiątki minut muzyki stworzonej w konkretnym celu. W międzyczasie udało mi się skończyć w duecie z Maćkiem Szymczukiem płytę Another One (premiera niebawem), a przy okazji przestałem czuć potrzebę, by kończyć kolejny solowy materiał, aż do chwili, kiedy zamieszkałem w Lizbonie i nagle, w zasadzie jeszcze na kartonach, w nieprzystosowanym do pracy pomieszczeniu zacząłem nagrywać z założeniem stworzenia przynajmniej jednego szkicu dziennie, co w zaledwie dwa tygodnie zaowocowało naszkicowaniem blisko dwudziestu pomysłów, z których wyłoniło się pierwsze siedem utworów, z których pięć trafiło właśnie na Five Songs From The Lisbon Balcony. Tytuł odnosi się do prawdziwego balkonu, na którym – patrząc na rzekę i port – ładowałem baterie podczas nagrywania wszystkich utworów. Miejsce to bez wątpienia przyczyniło się do kształtu, jaki przybrała moja muzyka – po raz pierwszy jest ona spokojna i wolna od mrocznych naleciałości, którymi wypełnione były dźwięki, które tworzyłem i produkowałem do tej pory. Wszędzie tam, gdzie na Five Songs… wdzierał się mrok w nadmiernych ilościach, rozjaśniałem go właśnie po to, żeby słuchanie tej muzyki przynosiło odbiorcy czystą przyjemność, bez wciągania go w nie do końca pozytywne stany emocjonalne. Przypuszczam, że dla wielu osób, które były związane z muzyką Blare For A, MorF czy moich innych wcześniejszych projektów, materiał ów może się wydać przez to zbyt rozświetlony. No cóż – on jest rozświetlony – w końcu przyświeca mu olbrzymia ilość portugalskiego słońca.

 **

„SUN”

Ten utwór jest moim absolutnym faworytem na płycie. Wiem dzisiaj, że nie tylko ja tak uważam. Tego typu kompozycja jest dla mnie zupełną nowością pod względem samego warsztatu twórczego. Kiedy po nagraniu kilku wstępnych szkiców lizbońskich ustaliłem, że brzmienie fortepianu będzie tym, co na chwilę obecną kręci mnie najmocniej, siadłem do klawiatury i bez dłuższego namysłu włączyłem nagrywanie, by zaimprowizować właśnie to, co słyszycie na płycie jako „Sun”.

Ten utwór był dla mnie eksperymentem w samej pracy studyjnej. Początkowo zabrałem się do miksu tak, jak robiłem to od zawsze w przypadku wszelkich produkcji. Szybko jednak okazało się, że znany mi system pracy zupełnie nie sprawdza się w przypadku tak minimalistycznej i spokojnej kompozycji, pozbawionej wyraźnych bębnów, bitów i innych tego typu elementów. Uznałem, że najlepiej będzie nie zaprzęgać tutaj zbyt wielu urządzeń. Szybko też okazało się, że wszelkie procesy równania ścieżek zupełnie odzierały to nagranie z emocji. Ostatecznie więc zostawiłem „Sun” w takiej postaci, w jakiej zostało przeze mnie zaimprowizowane/zarejestrowane, z nieznaczną korekcją kilku elementów i numer poszedł prosto na YouTube. Tak też zrodziła się metodologia pracy nad całym materiałem – szybko i sprawnie, trochę nierówno i bez perfekcjonizmu – z zachowaniem całej prawdy o tym jak zagrałem poszczególne utwory. Okazało się, że właśnie w tym kryje się muzyczne piękno i prawdziwe emocje.

„OCEAN”

O ile „Sun” było pierwszym w pełni skończonym numerem na płycie, o tyle „Ocean” jest pierwszą kompozycją (dokładnie szkic o numerze 7), która wyłoniła się z zarysów jako skończony utwór, który pokazał mi przy okazji, w jakim kierunku pójdę dalej. To właśnie on sprawił, że postanowiłem korzystać z fortepianu jako brzmienia dominującego (chociaż już wcześniej w dużych ilościach korzystałem z tego instrumentu, na przykład na „SUR_FACE/NUM_BEaRS”). Kontakt z oceanem zawsze z jednej strony wywołuje we mnie respekt przed głębią, bezwzględnością i pewnego rodzaju nieskończonością tego zjawiska, z drugiej uspokaja mnie i wycisza. Dlatego też „Ocean” składa się z dwóch zaimprowizowanych, odległych od siebie klimatycznie fragmentów, które połączyłem w jedną całość za pomocą odgłosów fal nagrywanych prosto z wody na wybrzeżu Portugalii kilkadziesiąt kilometrów powyżej Lizbony. Kompozycja jako jedyna na Five Songs... zawiera w sobie elektroniczny, zapętlony i hipnotyzujący bit.

„KATARINA”

Z wielkim zaciekawieniem obserwuję, jak skrajnie różnie odbierany jest ten utwór. Jedni mają skojarzenia z jakimś smutkiem, z niepokojem, czasami nawet ze śmiercią, dla innych jest to ulubiona kompozycja na płycie. Ja osobiście widzę tu lekko niepokojący i tajemniczy początek, który z sekundy na sekundę coraz bardziej zmierza w kierunku światła, by otworzyć się w lekko jarmarcznym i niezobowiązującym temacie. Prawda jest taka, że „Katrina” odbiega najbardziej tematycznie od reszty epki i jest dość hermetyczna znaczeniowo. Jej związek z całością konceptu jest jednak nieprzypadkowy. Utwór napisałem dla swojej żony, która odegrała niezwykle istotną rolę w całym procesie naszego wspólnego znalezienia się w miejscu, w którym powstała cała muzyka i właśnie w tych kategoriach „Katrina” jest nieodłącznym elementem Five Songs From The Lisbon Balcony.

„NIGHT AT SAO JOAO”

Nie pamiętam teraz, co było pierwsze – dźwięki otoczenia czy sam szkic utworu. W każdym razie, siedziałem któregoś dnia do późna na balkonie w wyjątkowo ciepły dzień, założyłem słuchawki na uszy, włączyłem recorder i zacząłem nagrywać wszystko, co działo się w tym momencie za oknem, z mikrofonem skierowanym w kierunku portu. Po skompilowaniu nagrania z samą kompozycją miałem okazję kilkukrotnie odsłuchiwać ten utwór w nocy ze słuchawkami na uszach, patrząc na ulicę z dokładnie takiego punktu widzenia/słyszenia jak podczas samego nagrania dźwięków otoczenia. W sumie szkoda, że nie jestem w stanie do końca przekazać tego wrażenia w muzyce – mam nadzieję, że wasza wyobraźnia pomoże wam znaleźć się tam, gdzie ja byłem podczas tworzenia tego utworu.

„OPULENCE”

Ten utwór był dla mnie pracą najbardziej koncepcyjną. Nie podszedłem do niego w kategoriach improwizacji. Zanim zacząłem nagrywać wiedziałem już, że chcę napisać przejrzysty i jasny kawałek, który opowie o tym, jak piękne potrafią być pieniądze i że owa kompozycja pokaże, w jaki sposób ja sam odczuwam i rozumiem niczym niepohamowany przepływ ogólnie pojmowanego bogactwa między żywymi organizmami w przestrzeni, w której wszyscy się znajdujemy. Na etapie produkcji podmieniłem w zasadzie wszystkie nagrane początkowo partie fortepianu całą masą delikatnych, dzwonkowatych brzmień, które ostatecznie zadecydowały o brzmieniu kompozycji. Podobnie jak w przypadku „Sun”, całość koncepcji została zainspirowana sposobem, w jaki w Portugalii objawia się słońce, które zalewa swym światłem każdy niezacieniony punkt, co osobiście kojarzy mi się właśnie z życiem i bogactwem. Tym samym – Five Songs From The Lisbon Balcony rozpoczyna się próbą zilustrowania doświadczenia obcowania ze słońcem i dokładnie tym samym się kończy.

POSŁOWIE

Sesja nagraniowa, z której wywodzi się Five Songs From The Lisbon Balcony to na dzień dzisiejszy blisko trzydzieści szkiców, z których dziesięć przerodziło się już w gotowe utwory, tak więc ciąg dalszy nastąpi i dla odmiany nie będzie on aż tak bardzo słoneczny.

***

AUTOR: Kuba Luka
WYTWÓRNIA: wydanie własne
WYDANE: 16 lutego 2016
INFORMACJE O ALBUMIE

POSŁUCHAJ:

bandcamp / spotify / tidal / itunes / amazon

Komentarze

komentarze