Defying wydali niedawno swoją drugą płytę. Po debiutanckim Nexus Artificial z 2014 roku teraz przyszedł czas na The Splinter of Light We Misread. Zobaczcie, co olsztyński zespół mówi o nowej epce. Opowiada wokalista Piotr Stępiński, rozkładając płytę na Czynniki pierwsze. 

„THE SUNLIGHT RECEDES”

Piotr Stępiński: Pierwszy utwór na epce i od razu najdłuższy, aczkolwiek było to niezamierzone. Riffy otwierające kawałek powstały jako pierwsze. Bardzo podoba mi się dosłownie wylewająca się z nich sludge’owa melancholia. Dużo wysokich dźwięków i długo growlowane wyrazy – potęga. Riff, na którym zbudowana jest końcówka tego numeru, pojawił się niedługo później. Zmieniłem gitarę na siedmiostrunową i ogrywałem nową strunę. Gramy w obniżonym strojeniu i najniższa struna to G. G jak granica rejestrów. Nasz basista Paweł może coś o tym powiedzieć. Ten dźwięk, zwłaszcza na nowej strunie, gdy ta przyjemnie dzwoni na dobrym przesterze, zabija. G jest trzonem tego riffu, do którego co jakiś czas podbiegają inne. Zabrzmiało mrocznie oraz psychodelicznie, i już na tamtym etapie wiedziałem, że ta zagrywka będzie zamykać utwór. Wystarczyło „tylko” połączyć początek z końcem. Głównym założeniem tego minialbumu było to, że sięgamy po rozwiązania, których nie było na debiutanckiej płycie. To m.in. instrumenty dęte. Zaproponowałem ambient złożony z dronowych tub, trąb i mnóstwa innych rzeczy pojawiających się coraz gęściej w tle. Pomysł nie spotkał się z aprobatą załogi.
„Po co to w ogóle jest? – Za długie! – Za nudne! – Będą przewijać. – Hamuje całość. – Jest bez sensu i w ogóle nic z tego nie wynika. – Ch*owe, wyj*bmy to i już”! Powinienem dostać medal z kartofla za asertywność, bo nie odpuściłem i uparłem się na tę zagrywkę, chociaż składanie tego do kupy zajęło bardzo dużo czasu. Najdłużej siedzieliśmy właśnie nad tym fragmentem. Dzięki temu „The Sunlight Recedes” opowiada pewną historię nie tylko przy pomocy tekstu, lecz także przez swoją konstrukcję. 

Tekst powstał na końcu, gdy struktura utworu była już opracowana. Lubię kłaść liryki do skończonych lub prawie skończonych numerów i staram się zawsze tak to robić. Inspirowałem się wierszami „kaskaderów literatury”, głównie poezją Andrzeja Bursy i Rafała Wojaczka. Patologiczne relacje damsko-męskie przedstawione są na kilka sposobów: growlami, szeptami, a nawet zachrypniętym dialogiem w „kontrowersyjnej” partii ambientowej.
W efekcie powstało 11-minutowe monstrum, składające się z potężnych gitar rytmicznych, zadziornym basem, świetnymi partiami solowymi i mięsistymi garami. Kwintesencja nowego Defying, a jednocześnie zaproszenie do wniknięcie głębiej w dalszą część tej epki. 

„TILL SHADOW IS WHITE”

Ten utwór od początku był planowany jako „łącznik” między pierwszym a trzecim kawałkiem, zwłaszcza gdy podczas prac nad The Splinter of Light We Misread zaczęło wychodzić, że ponownie, lecz niezamierzenie zrobimy konceptowy materiał. „Till Shadow Is White” jest w całości eksperymentem i zabawą z samplami i różnego rodzaju efektami, nie tylko gitarowymi.
Obok naszej poprzedniej sali prób znajdowała się rozdzielnia z transformatorami, które czasem potrafiły „buczeć” na cały korytarz. Nagraliśmy to dyktafonem i nałożyliśmy na siebie kilka ścieżek, każda z innym efektem.                 W rezultacie otrzymaliśmy coś w rodzaju odgłosu roju elektrycznych szerszeni. Żeby nadać temu więcej psychodelii, postanowiliśmy dołączyć do tego saksofon. Poprosiliśmy o pomoc Rafała Wawszkiewicz z Merkabah, który bardzo chętnie się zgodził. Dalsza część utworu to transowa zagrywka ze specyficznym delayem na gitarach. Użyczył go nam do nagrań Michał Bagiński, u którego nagrywaliśmy. Trzeba przyznać, że ten delay to zło wcielone – nie został w ogóle podbarwiony podczas miksów, po prostu tak brzmi. Dla mnie mocna partia tego numeru brzmi jakby ktoś połączył Cult Of Luna z jakimś brudnym black metalem z północy. Tego wcześniej nie próbowaliśmy i jestem zadowolony z tego, że zawędrowaliśmy w te rejony.

„IRREVERSIBLE”

Z autorskich utworów najstarszy na The Splinter of Light We Misread. Riffy ze wstępu i na zwrotkę Rafał miał w zanadrzu już podczas składania materiału na pierwszą płytę. Po jej premierze wróciliśmy do nich. Na początku były to „bękarty”, z którymi nie bardzo wiedzieliśmy co zrobić, bo niby to niezłe, ale jakieś takie dziwne i ni w pięć, ni w dziesięć. Niczego nie można było do tego dolepić. Dodatkowo struktura tego numeru zaczęła wymykać się schematowi zwrotka-refren. Każda z zagrywek pojawia się tylko raz i już później nie wraca. Początkowo nie byliśmy z tego zadowoleni (mi to się kojarzy z miałkością i „bezpomysłowością” kapel, które dopiero zaczynają grać, choć wyjątków jest wiele), więc próbowaliśmy łączyć to tak, żeby przeplatać ze sobą riffy. I na chwałę Innosa, tak się nie stało! Teraz widzę, że to jeden z największych atutów tego kawałka. Zmiana nastroju od łagodnego post-rocka na początku do blackmetalowej końcówki ubarwionej blastami, miażdży jajca. Wstęp kojarzy mi się z zimnym islandzkim graniem, zresztą w miarę rozwoju prac nad początkiem „Irreversible” taki ustaliliśmy kierunek. Najpierw przybrudzony EBow na gitarze, do którego dołączają skrzypce, a następnie melancholijna trąbka. Gdzieś w tle delikatne uderzenia basu prowadzącego dialog z dźwiękami wydobywanymi przez „dęciaka”. Potem ciepły clean grany przez Rafała i razem post-rockowo płyniemy w nieznane. Sielankę przerywa „kop z buta”, składający się z przesterów, growli, a nawet organów Hammonda w tle. Po blackmetalowym szaleństwie wspomnianym wyżej, wchodzimy z mroczną, złowrogą zagrywką, którą zwalniamy coraz bardziej. To czołg zgniatający wszystko, co ma przed sobą. Dla podbicia klimatu, oprócz tradycyjnego instrumentarium, umieściliśmy w samplach tubę grającą razem z saksofonem. W programie obniżyliśmy skalę do granicy rejestrów, wyrzucając to potem na wierzch w miksach. Piorunujące wrażenie! 

Tradycyjnie tekst powstał do gotowej struktury utworu. W odróżnieniu od „The Sunlight Recedes”, postawiłem na minimalizm. To najkrótszy tekst jaki napisałem w życiu, mógłby się chyba zmieścić w jednym SMS-ie. Paradoksalnie takie rzeczy są najtrudniejsze, bo jak zamknąć szereg myśli w jednym wyrazie? A z takich wyrazów stworzyć dobry tekst? Tu potrzebny jest impuls, który pojawił się pewnego wieczoru wśród sterty spakowanych na czas remontu gratów i ogólnego brudu. Napisany po ciemku w jeden wieczór. Bezpośrednia inspiracja historią Iana Curtisa oraz historią całego Joy Division, o czym poniżej.

„NEW DAWN FADES”

Od tego utworu zaczęła się praca nad epką. Przygotowując się do koncertów promujących nasz debiut, zaczęliśmy zastanawiać się nad coverem, który wzbogaciłby nasz live set. Wybór nie był oczywisty. Naszym założeniem było sięgnięcie po coś spoza kręgu muzyki metalowej i ubranie tego w stylistykę Defying. Propozycji było wiele, zahaczały nawet o Pink Floyd z okresu ich pierwszych płyt. W pewnym momencie Paweł powiedział „zróbmy Joy Division!” i puścił „New Dawn Fades”. Z zaskoczeniem, ale i z przyjemnością zauważyliśmy, ile przestrzeni do wykorzystania jest w tym numerze. Zaczęliśmy działać i w ciągu zaledwie dwóch czy trzech prób mieliśmy cover, który w obecnej formie znajduje się na epce. Iście post-punkowe podejście. Miało być ciężko i post-metalowo (zagraliśmy go dwa razy wolniej), z zachowaniem linii melodycznej w kluczowych momentach oryginalnego utworu. Początek, który u Brytyjczyków jest zapętlonym, krótkim fragmentem, zagrałem wiolonczelowym smyczkiem na efekcie będącym sumą reverbu, delaya i odbijania sygnału między kanałami. Uzyskaliśmy w ten sposób bardzo przestrzenny, post-rockowy wstęp. Nie jestem wybitnym śpiewakiem, więc postanowiliśmy, że w zwrotce zagranej na delikatnych cleanach tekst zostanie wyszeptany, a kiedy wejdą mocne gitary i growl będzie jeszcze więcej kopa. Podczas nagrań do szeptów, na drugą ścieżkę dołożyłem recytację à la Fernando z Moonspell. Dzięki niej uzyskaliśmy trochę klimatu lat 90-tych, które uważam za wspaniałe dla muzyki metalowej. Dalej jest już ciężar przeplatany z post-rockowymi partiami, a na zamknięcie całości potężnie zagrany przez wszystkich główny riff (moim zdaniem o wiele lepsze rozwiązanie niż oryginalna końcówka), zakończony wybrzmieniem na trytonie, symbolizującym tragiczny koniec tego zespołu. Gdy złożyliśmy te pomysły do kupy i pierwszy raz na próbie zagraliśmy „New Dawn Fades” w tej formie, byliśmy zmiażdżeni. Wiedzieliśmy, że chcemy go nagrać. 

WYTWÓRNIA: wydanie własne
WYDANE: 16 maja 2016

Komentarze

komentarze