Chcecie lub nie – Gorillaz rządzą i wyznaczają kierunki w muzyce.

 

Warszawski koncert Gorillaz w ramach T-Mobile Electronic Beats był z wielu powodów wyjątkowy: pierwszy występ Brytyjczyków w Polsce, jeden z pierwszych z serii promujących album Humanz, niestandardowa metoda dystrybucji wejściówek (które de facto nic nie kosztowały), wyjątkowe wnętrze Nowego Teatru zamiast wielkiej hali albo stadionu (Bogu dzięki!). Każdy pewnie dołożyłby do tego zestawienia kilka swoich argumentów. Jedno jest pewne – chcecie lub nie – Gorillaz rządzą i wyznaczają kierunki w muzyce.

Album Humanz przywrócił muzycznemu światkowi animowaną paczkę kumpli po prawie siedmioletnim letargu. W tym czasie Damon Albarn zdążył reaktywować Blur, wydać szeroko komentowane, solowe Everyday Robots i dać kilka niezłych koncertów z legendą afrobeatu, Tonym Allenem. Siedem lat wystarczyło również, by zbudować album, o którym kiedyś będziecie opowiadali swoim wnukom, tak jak i o środowym koncercie. Okej, na Humanz są słabsze momenty: nudnawy kawałek z Benjaminem Clementine czy przestylizowane „Circle of Friends”. Album jako całość  stanowi jednak monolit, przechodząc przez pełne spektrum emocji i gatunków. A jaki był premierowy koncert zespołu w Warszawie?

Współpraca z telekomem T-Mobile pozwoliła przeobrazić się przedsięwzięciu pod tytułem Gorillaz w ogromną machinę medialną na miarę wieku, w którym żyjemy – z wywiadami z udziałem animowanych członków zespołu, dedykowanymi aplikacjami, czy wreszcie koncertem transmitowanym w perspektywie VR, który czeka nas już niedługo w Kolonii. W tym natłoku bodźców dość łatwo odciągnąć uwagę od tego, co jest tu najważniejsze – muzyki. Na szczęście Damon Albarn wraz z chłopakami skutecznie zadbali, by tak się nie stało.

Na albumie Humanz pojawia się cała plejada gości. To genialne rozwiązanie ze studyjnego punktu widzenia, ale nieco trudniejsze w realizacji podczas trasy koncertowej. Wczorajszy występ skutecznie rozwiał wszelkie obawy. Przez te półtorej godziny mogliśmy poczuć się jak podczas najlepszego slotu na Coachelli. Liczba gości – niespodzianek naprawdę zaskoczyła: Jehnny Beth, Zebra Katz, Peven Everett, Kelvin Mercer z De La Soul i Jamie Principle. Wszyscy pozostali pojawiali się w postaci wizualizacji na zlokalizowanym za sceną ekranie. Produkcyjny rozmach wyczuwalny był tu w każdej sekundzie, a Damon Albarn z niesłabnącą pasją wylewał w publiczność kolejne litry wody. Od otwierającego koncert „Ascension” aż po hitowe bisy z „Stylo” i „Kids With Guns” – wszystko zagrało dokładnie tak, jak każdy wyobrażał sobie w najbardziej odważnych scenariuszach.

W koncertowej setliście znalazł się również opublikowany kilka dni temu utwór „Sleeping Powder”. Damon w swoim stylu skomentował, że pozwolił on odkryć zespołowi, że napisanie kawałka może zająć 3-4 dni, zamiast 7 lat. Komentarze Damona, cały czas podtrzymującego żywy kontakt z publicznością, były zresztą kolejnym mocnym punktem środowego występu. Poza ogromną dawką energii, Gorillaz zaprezentowali też bardziej kameralną stronę albumu Humanz w postaci intymnego „Busted and Blue”, a także pochodzące z Demon Days balladowe „El Mañana”. Z bezapelacyjnie największym entuzjazmem spotkał się jednak zamykający koncert „Clint Eastwood”, który zespół zagrał z gościnnym udziałem… zaproszonej z widowni dziewczyny. Zarówno dla niej samej, jak i całej publiczności, było to chyba jedno z większych zaskoczeń.

Odpowiadając więc na pytanie postawione chwilę wcześniej – było (jak mawia młodzież) NAJLEPIEJ. Damon, Ty sceniczna bestio! Do zobaczenia w Katowicach na kolejnym koncercie w ramach T-Mobile Electronic Beats!

Komentarze

komentarze